Warto to było przeżyć

Jan Dzieduszycki 1943 r. – fot. w posiadaniu rodziny

13 listopada 1944 roku Jan Dzieduszycki1 został wywieziony w głąb Rosji. Został zatrzymany w domu podczas fali aresztowań, jakie przeprowadziło NKWD i UB w październiku 1944 roku na terenie województw lubelskiego, części warszawskiego i rzeszowskiego. Podejrzany o współpracę z AK, był przetrzymywany w więzieniu w Jarosławiu, a następnie wysłany  wraz z innymi więźniami w bydlęcych wagonach przez Przemyśl, Lwów, Kijów, Moskwę aż do obozu w Jogle. Potem był obóz Waldlager, Szepietowo i wywózka na Ural. „Ja dzięki ufności w opiekę Bożą, ani przez chwilę nawet w najtrudniejszych okresach nie wątpiłem, że wrócę” – napisał w swoich wspomnieniach.

W obozie zrobił własną książeczkę do nabożeństwa – w tekturowych okładkach, oklejonych zielonym płótnem z czerwonym krzyżem na wierzchu, a w specjalnej kieszonce miał ukryty różaniec i krzyżyk od dobrej śmierci, które dostał od mamy. Przy życiu trzymała go również myśl o rodzinie zostawionej w Polsce, a zwłaszcza o żonie Marii i malutkiej córce Ani. Do Polski wrócił po trzech latach.

Poniżej publikujemy pierwszy rozdział z książki Jana Dzieduszyckiego Trzy lata wykreślone z życiorysu2, w której opis dni spędzonych na wygnaniu poprzedził wzruszającą opowieścią o domu rodzinnym. 

Moja sytuacja wyjściow

Przez ostatnie dwa lata okupacji byłem leśniczym. Mieszkałem w leśniczówce położonej na skraju wsi Wola Rożwienicka, oddalonej o parę kilometrów od Zarzecza, gdzie mieliśmy nasz rodzinny dom. Było nas wówczas jedenaścioro rodzeństwa. Ojciec mój, Włodzimierz, posiadał spory majątek — ordynację założoną przez pradziadka, również Włodzimierza, który także otworzył we Lwowie muzeum przyrodnicze utrzymywane przez ordynację oraz sporą bibliotekę mieszczącą się na parterze obszernego domu z pięknym parkiem (również we Lwowie, przy ulicy Kurkowej). 

Ordynacja składała się z dwóch części: położona w powiecie Jarosław na bardzo żyznej ziemi, kilka folwarków i kilkaset hektarów lasu, z ośrodkiem w Zarzeczu, gdzie był pałac w dużym starym parku, oraz w powiecie Sokal nad Bugiem – duże obszary lasów i dwa folwarki rolne z ośrodkiem w Poturzycy, gdzie z kolei był skromny stary dworek, a obok piętrowy dom o wyglądzie kamienicy. 

Ojciec żeniąc się i zakładając rodzinę miał inny majątek, a ordynatem był jego starszy brat Paweł. Majątek nazywał się Jaryszów i znajdował się daleko na wschodzie, na Zadnieprzu. Tam przyszło na świat dwoje starszych dzieci — Tadeusz i Anna. Ja urodziłem się w 1916 roku w Kijowie, gdzie rodzice schronili się w pierwszych dniach rewolucji bolszewickiej. Ale już po roku musieli uciekać dalej na zachód i w dość dramatycznej sytuacji osiedli w Krakowie. W tym mniej więcej czasie starszy brat ojca Paweł wstąpił do zakonu jezuitów, a ordynację przekazał młodszemu w kolejności – mojemu ojcu, bo było jeszcze dwóch młodszych braci – Stanisław i Kazimierz. Od tego czasu rozpoczęło się nasze spokojne, dostatnie dzieciństwo. W pierwszych latach spędzaliśmy zimy w domu we Lwowie, a na lato przyjeżdżaliśmy do Zarzecza. Ale rodzina șzybko powiększała się i gdy miałem 10, może 12 lat, przestaliśmy jeździć do Lwowa i przez cały rok mieszkaliśmy w Zarzeczu. Dzisiaj zdaję sobie sprawę, że wychowywałem się w dość specyficznych warunkach, bo do piątej klasy gimnazjalnej włącznie uczyliśmy się z młodszym o półtora roku bratem Eustachym w domu, zdając tylko kontrolne egzaminy z klasy do klasy w państwowej szkole. 

Sporo czasu spędzaliśmy poza domem, w kontakcie z przyrodą. Do tego doszły książki przyrodnicze; przede wszystkim dwunastotomowa encyklopedia Brema ze wspaniałymi, kolorowymi reprodukcjami, atlas ptaków polskich i wiele innych. Wszystko to wpłynęło na moje zainteresowania przyrodnicze. 

Stosunkowo wcześnie nauczyłem się odróżniać gatunki drzew, krzewów i wiele innych roślin, znałem wiele gatunków ptaków, których gniazda wyszukiwałem w parku i obserwowałem rozwój ich piskląt. Ojciec, aktywnie włączony w sprawy muzeum i sam z dużą wiedzą przyrodniczą, rozbudzał w nas jeszcze te zainteresowania i uczył sposobu obcowania z przyrodą. Często też, będąc we Lwowie, odwiedzałem z nim muzeum, gdzie były zebrane wszystkie gatunki ssaków i ptaków występujących w Polsce oraz ogromny zbiór innych stworzeń i roślin – było więc co oglądać. 

Osobny rozdział to wychowanie duchowe i religijne. Matka sama od początku uczyła i wpajała w nas podstawy wiary. Potem ksiądz jezuita przygotowywał mnie do Pierwszej Komunii, a niektóre jego nauki do dziś pamiętam. W Zarzeczu, w domowej kaplicy była codziennie odprawiana wieczorna modlitwa, której przewodniczyła matka, z udziałem wszystkich domowników łącznie ze służbą. Kościół przylegał do parku, więc nie było najmniejszej trudności, by uczęszczać na majowe nabożeństwo czy październikowy różaniec. To wszystko wpłynęło na solidne fundamenty mojej wiary, tak że okres dorastania, okres buntów i krnąbrności, w niczym nie zmienił mego stosunku do Boga, a szczególnie do Matki Boskiej. 

Ostatnie trzy lata gimnazjum uczyliśmy się z bratem w Pszczynie na Śląsku, a po zdaniu matury obaj odbyliśmy służbę wojskową w podchorążówce we Włodzimierzu Wołyńskim. W 1937 roku, zgodnie z moimi zainteresowaniami, rozpocząłem studia leśne na politechnice we Lwowie, ale wybuch wojny przerwał naukę i pokrzyżował wszystkie moje plany. 

Po odbyciu kampanii wrześniowej, gdzieś w połowie listopada 1939 roku, wróciłem do Zarzecza; zastałem rodzinę w komplecie, ale w zupełnie odmiennych warunkach. Przepadł dom we Lwowie wraz z całym wyposażeniem, a niedługo potem, po ustaleniu granicy Generalnej Guberni, odpadły lasy poturzyckie. 

W Zarzeczu Niemcy odebrali tylko jeden folwark z gorzelnią, gdzie stworzyli własny ośrodek hodowlany, a resztę pozostawili w spokoju, nakładając tylko kontyngent w płodach rolnych i podporządkowując sobie gospodarkę leśną. Ale w Zarzeczu zrobiło się rojno, bo oprócz mojej licznej rodziny przyjechała starsza siostra z mężem i dwójką dzieci oraz młodszy brat ojca (Stanisław) z rodziną, to znaczy z siedmiorgiem dzieci; prócz tego rodzice przyjęli jeszcze kilka rodzin wysiedlonych z Poznańskiego, które zajęły wszystkie możliwe lokale gospodarcze i administracyjne. W tej sytuacji za radą ojca postanowiłem poszukać zajęcia poza domem. Najpierw pracowałem w tartaku, a potem jako adiunkt w nadleśnictwie Józefów koło Biłgoraja. Gdzieś na przełomie 1941—1942 roku powstała możliwość objęcia leśnictwa w lasach zarzeckich, z której z radością skorzystałem i w ten sposób, jak już wcześniej wspomniałem, zamieszkałem w leśniczówce na Woli. Do leśniczówki należał kawałek ogrodu oraz parę hektarów pola deputatowego; miałem też dwa konie, dwie krowy, drób i świnie. Tym wszystkim gospodarował wspólnie ze mną nieoceniony Stasio Płonka, niepiśmienny wprawdzie, ale z chłopskim sprytem do gospodarki, zakochany w koniach; podchodził do wszystkiego jak do własnego. 

W 1942 roku ożeniłem się, co zbiegło się z objęciem przeze mnie posady leśniczego. Niebawem przyszła na świat córeczka Ania. 

Maria z Brzozowskich i Jan Dzieduszyccy, Zarzecze 20.08.1942 r. – fot. w posiadaniu rodziny

 

Maria z Brzozowskich i Jan Dzieduszyccy, Zarzecze 20.08.1942 r. – fot. w posiadaniu rodziny

Był początek października 1944 roku. Front przesunął się już daleko na zachód, a przez nasze okolice przechodziły nieustannie luźne grupy żołnierzy sowieckich, próbujących rekwirować co się dało, by potem zamieniać to na wódkę lub sprzedać parę wsi dalej. Tak został zarekwirowany nasz koń, którego w parę dni potem Stasio odnalazł kilkanaście kilometrów od domu i odebrał od gospodarza, który kupił go od sowieckiego żołnierza za 2 litry wódki. W miesiąc czy dwa później dostał go na własność od mojej żony. 

Ponieważ moja żona spodziewała się następnego dziecka i bała się tych niepewnych czasów, przenieśliśmy się jeszcze w sierpniu do Zarzecza, do moich rodziców. Dalej dojeżdżałem do leśniczówki, gdzie opiekował się wszystkim Stasio. 

We wrześniu zachorowałem na czerwonkę, która trzymała mnie kilkanaście dni, ale w końcu, chociaż osłabiony i jeszcze trochę na diecie, zacząłem swoje urzędowanie. Któregoś dnia – a było to około 10 października – byłem cały dzień w terenie i po powrocie zastałem cały dom w popłochu. Było NKWD w asyście członków UB – zaaresztowali ojca, najstarszego brata i szwagra, który wówczas był administratorem Zarzecza, i wywieźli ich do Jarosławia. Wyraźnie się spieszyli, nie czekali na mnie, zostawiając tylko polecenie, bym na drugi dzień rano zgłosił się do komendy UB w Jarosławiu. I wówczas stała się rzecz charakterystyczna dla stosunków, jakie panowały w Zarzeczu. Na drugi dzień, gdy rozeszła się wieść o aresztowaniu ojca, kilkuset gospodarzy z Zarzecza i okolicznych wsi udało się furmankami w delegacji do władz w Jarosławiu, by uwolnić ojca. Tam oczywiście niczego nie wskórali; wszędzie im mówiono, że tu takiego nie ma lub że o niczym nie wiedzą. Później się okazało, że w parę godzin po przywiezieniu ich do Jarosławia całą trójkę przesłano do więzienia w Rzeszowie. 

Tymczasem gorączkowo naradzałem się z rodziną, co robić, czy zwiać i ukryć się gdzieś, czy też stawić się w Jarosławiu. Biorąc jednak pod uwagę poważny stan mojej żony i malutką córeczkę, bałem się jakichś restrykcji względem nich i postanowiłem pojechać do Jarosławia. Okazało się to niepotrzebne, bo na drugi dzień już o piątej rano cały dom został otoczony przez UB. Kazano mi się ubrać, pozwolono jeszcze zjeść śniadanie i po pożegnaniu z rodziną wyszliśmy na dwór. W asyście dwóch przedstawicieli UB szedłem aleją pod starymi dębami. Większość liści leżała już na ziemi i szeleściła pod nogami. Oglądnąłem się jeszcze na dom i na ogromny platan, który rósł przed domem, i wtedy przyszło mi na myśl: czy ja to jeszcze kiedyś zobaczę? Dokładnie pamiętam, że wtedy wyraźnie czułem, że w tym momencie kończy się pewien etap w moim życiu, a zaczyna się jakaś wielka i groźna niewiadoma. 

Jan Dzieduszycki z córką Anią -fot. w posiadaniu rodziny

Zaprowadzono mnie do sali widowiskowej przy szkole, gdzie odbywały się zwykle przedstawienia amatorskie i zabawy. Tam zastałem już na ławkach przy scenie kilku młodych ludzi. Wymieniliśmy parę zdań, z których wynikało, że ich też właśnie zatrzymano. 

Zaczęły się długie godziny wyczekiwania. Od czasu do czasu doprowadzano jeszcze następnych z okolicznych wsi. Gdzieś późnym popołudniem załadowano nas w końcu na ciężarówkę, pod plandekę, i ruszyliśmy. Rozległo się charakterystyczne wycie silnika, które towarzyszyło nam pod każdą górkę, a które miałem potem jeszcze wielekroć usłyszeć. 

Przywieziono nas do więzienia w Jarosławiu. Trafiłem do celi, w której siedziało już kilku mężczyzn. W sumie było nas, o ile pamiętam, sześciu. Cela była dość przestronna; przy obu bocznych ścianach niskie, szerokie prycze z kocami, na środku stół, a w rogu przy drzwiach odpowiednio woniejący kibel. Okno, umieszczone wysoko w ścianie naprzeciw drzwi, oczywiście zakratowane, zasłonięte było od zewnątrz skośnym fartuchem z blachy, tak że widać było tylko skrawek nieba. Tam spędziłem około trzech tygodni. 

W tym samym czasie, w kilka dni po moim aresztowaniu, moja rodzina, to znaczy moja matka z moim młodszym rodzeństwem, moja żona z dzieckiem i brat ojca z całą rodziną, dostali polecenie opuszczenia domu w Zarzeczu w ciągu 48 godzin. Spakowali więc co się dało na kilka drabiniastych wozów i tymczasowe schronienie znaleźli w klasztorze oo. Dominikanów w Jarosławiu, gdzie im odstąpiono boczne skrzydło budynku klasztornego. Tam właśnie po paru tygodniach moja żona urodziła drugą córeczkę, która jednak na skutek zimna, jakie panowało w murach klasztornych, po tygodniu zmarła na zapalenie płuc. 

Do mnie wieści te wówczas nie dotarły, a dni wolno płynęły w celi więziennej. Wypuszczano nas tylko rano do mycia i do ubikacji, tak że dużo było czasu na niekończące się dyskusje o tym, co dalej z nami zrobią. Przeważało zdanie, że wcielą nas do wojska i wyślą na front. 

Zrobiłem z chleba szachy, ktoś drugi wykombinował szachownicę i graliśmy w szachy i warcaby. Dwóch byłych partyzantów pięknie śpiewało partyzanckie piosenki, dziwne, ale nie budziło to sprzeciwu naszych „opiekunów”. 

Chyba dwukrotnie miałem przesyłkę z domu. Raz była to paczka z żywnością i zmianą bielizny, a drugi raz „gryps” z lakoniczną wiadomością, że są zdrowi i mieszkają w Jarosławiu (było to jeszcze przed urodzeniem się dziecka). Chciałem odwrotnie przesłać im jakąś pamiątkę i przyszło mi na myśl, by zrobić dla nich krzyżyk. Miałem ze sobą różaniec i krzyżyk od dobrej śmierci. Dostałem je od mojej matki, która przywiozła je z pielgrzymki do Rzymu. Były poświęcone przez papieża, ze specjalnymi odpustami. Krzyżyk był dość duży, mniej więcej 3 x 4 cm, mosiężny, inkrustowany drewnem. Sama postać Chrystusa bardzo pięknie wykonana z metalu. Ten krzyżyk i różaniec towarzyszyły mi całe trzy lata; były nieraz jedyną moją pociechą, przeszły przez wszystkie rewizje i prowierki, raz nawet, przy szczególnie ostrej rewizji, przeniosłem je w ustach. 

Maria i Jan po zaręczynach, Zarzecze 1941 r. – fot. w posiadaniu rodziny

Postanowiłem więc wykonać kopię tego krzyżyka w powiększeniu. Z kawałka deski oderwanej z pryczy zrobiłem sam krzyż i dokładnie wygładziłem go kawałkiem szkła. Postać Chrystusa wyrzeźbiłem z bardzo dobrze ugniecionego chleba, który miał już konsystencję plasteliny. Po dwóch dniach schnięcia całkiem to ładnie wyglądało i udało mi się go przesłać żonie łącznie z paroma zdaniami o sobie. 

Po pewnym czasie zaczęto nas wzywać na przesłuchania. Najpierw kilku ze współtowarzyszy niedoli wypytywano głównie o przynależność do partyzantki i o ewentualne kontakty z partyzantami. 

W końcu i mnie wezwano do samego komendanta UB. Szedłem mocno spięty, nie mogąc przewidzieć, jak przebiegnie przesłuchanie. Pokój był nieduży, na pierwszym piętrze, z zakratowanym oknem. Na biurku, prócz papierów i pieczątek, leżał duży pejcz z czarnej skóry. Komendant, krępy blondyn z bladymi oczami, ubrany był w mundur wojskowy, na nogach miał buty z cholewami w harmonijkę. Mówił z wyraźnym wschodnim akcentem. Poprosił, bym usiadł, sam stał lub chodził wzdłuż biurka. 

W najistotniejszej części nasza rozmowa wyglądała mniej więcej tak: 

– Nu, my wiemy, że wyście byli leśniczym, prawda? – Tak. 

– Nu, a każdy leśniczy dobrze wie, co u niego w lesie słychać. Kto tam może się ukrywa, gdzie może jakie ziemianki pobudowali… Tak wy byście mogli wrócić do swojej leśniczówki, do żonki. Będziecie dalej gospodarować i pilnować lasu, a nam będziecie dawać znać, coście tam w lesie uwidzieli. Nie musi być często, tak raz na miesiąc, przy okazji, jak będziecie w Jarosławiu. Podpiszcie tu tylko taki dokument, że się zgadzacie pracować z nami i już jutro wrócicie do domu. Ja mu na to odpowiedziałem, że nie nadaje się do takiej roboty, że jako leśniczy pilnowałem lasu i nie potrafię śledzić ludzi. Na to on: ,,Tak wy się zastanówcie — daję wam dwa dni czasu, bo jak nie, to pojedziecie na białe niedźwiedzie”. Na tym się nasza rozmowa skończyła. 

Zacząłem gorączkowo rozważać, jak postąpić. Zdawałem sobie sprawę, że dla mojej żony, w tym stanie, dla małej Anki i wobec niepewnego losu całej mojej rodziny, powrót na leśniczówkę byłby nieoceniony. Z drugiej jednak strony podpisanie tej współpracy… Nie wierzyłem zresztą w te białe niedźwiedzie. Uważałem, że jest to straszenie, bym podpisał i że głównie o ten podpis im chodziło. 

Po dwóch dniach powtórzyłem komendantowi, że do współpracy się nie nadaję i że podpisać tego dokumentu nie mogę, a jeśli chodzi o białe niedźwiedzie, to trudno, jeśli na to zasłużyłem, to pojadę. 

Minęło jeszcze parę dni i któregoś popołudnia zrobił się ruch na naszym korytarzu. Słychać było trzask odsuwanych zasuw i pokrzykiwania. W chwilę potem otworzyły się, i nasze drzwi i padł rozkaz: „Ubierać się i wychodzić”. 

Przed budynkiem stały dwie czy trzy ciężarówki i kilku żołnierzy sowieckich, niskich, o skośnych oczach, z pepeszami w rękach. Kazano nam włazić do ciężarówki i siadać na podłodze w ten sposób. że pierwszych czterech siadało obok siebie przodem do jazdy tuż przy tylnej klapie skrzyni, następnych czterech między ich rozwarte nogi i tak aż do ściany szoferki, wzdłuż której była jedna ławeczka. Takie usadzenie nas uniemożliwiało szybkie wstanie i jakąkolwiek próbę ucieczki. Wszystko to odbywało się w pośpiechu, wśród po krzykiwań i ponagleń żołnierzy sowieckich. W końcu wsiedli i oni; jeden na ławeczce z przodu, drugi na burcie w tylnej części skrzyni. Siedząc wyżej od nas mieli wszystkich doskonale na oku, w rękach trzymali pepesze gotowe do strzału. Znowu rozległo się charakterystyczne wycie silników i ruszyliśmy. Za miastem zorientowałem się, że jedziemy w stronę Przemyśla.

Wiał zimny wiatr i chwilami padała mżawka. Ciężarówki były odkryte, tylko z podwyższonymi  bokami, tak jak do przewożenia bydła. Całe szczęście, że miałem na sobie dość długą, grubą kurtkę z futrzanym kołnierzem i buty z cholewami. Do Przemyśla dojechaliśmy o szarówce i tam zaczęliśmy błądzić. Wyraźnie było widać, że nie wiedzą, gdzie mają nas dostarczyć. Krążąc po stromych uliczkach pojechaliśmy najpierw do południowej części miasta. Staliśmy dłuższy czas przed jakimś gmachem, do którego wszedł jeden z Sowietów. Potem wróciliśmy do centrum, stając jeszcze kilkakrotnie, by wreszcie całkiem już po ciemku zjechać niżej w stronę Sanu. Tam przez bramę wjechaliśmy na plac, przy którym stało szeregiem kilka długich budynków o łukowatych dachach. Jak się później okazało, były to stajnie w dawnych, jeszcze austriackich, koszarach. Tu nas rozładowano. Weszliśmy przez duże, ciężkie wrota do przedsionka, w którym stał żeliwny kocioł w charakterze kibla i dalej przez drugie drzwi do właściwej hali. W głębi między piętrowymi pryczami było już paręset osób o najrozmaitszym wyglądzie i wieku. Przywitano nas okrzykami i pytaniami, skąd przybywamy. Spotkałem tam kilku znajomych. Pamiętam, że był między innymi leśniczy spod Przeworska i sąsiad z Zarzecza, pan Jan Drohojowski z Cieszacina, który serdecznie się mną zajął, wskazał pryczę do spania i zorganizował coś do jedzenia. 

Towarzystwo było rozgadane i rozpolitykowane, wygłaszano pretensje w rodzaju: „Jak to, koniec okupacji, nareszcie wolność, a tu znowu aresztowania, przetrzymywanie ludzi bez sądu, bez przyczyny. Jedni twierdzili, że to następna okupacja, że wpadliśmy z deszczu pod rynnę, drudzy, że to niemożliwe, że na pewno część młodszych wcielą do wojska, a starszych niebawem zwolnią do domów. W następnych dniach utworzył się komitet złożony z kilku starszych ludzi, w którym jednym z najaktywniejszych był pan Drohojowski. Żądano przybycia komendanta, wyjaśnień co do naszej przyszłości, wnoszono pretensje, że zupa za rzadka, że za małe porcje. Ponieważ drzwi wejściowe były na głucho zamknięte, kontakt ze strażą był tylko w momencie, gdy przynoszono kotły z jedzeniem. Oni przyrzekali, że wszystko powtórzą, ale nic z tego nie wynikało. 

Tak minęło jeszcze parę dni i któregoś ranka otworzyły się drzwi wejściowe, wpadło kilku Sowietów i kazano pośpiesznie wszystkim wychodzić. Na placu stały wojskowe ciężarówki, wszystkie pod plandekami, a wśród nich kręciło się kilkadziesiąt, takich samych jak wtedy w Jarosławiu, niedużych postaci w szarych szynelach, ze skośnymi oczami, z pepeszami w ręku. Znowu rozległy się okrzyki i ponaglenia. Ładowano nas na ciężarówki, które pośpiesznie odjeżdżały. 

W drodze przez miasto zauważyłem, że trasa, którą jechaliśmy, jest pusta, tylko co kilkadziesiąt kroków stały patrole z bronią i z psami na smyczy. Jazda nie trwała długo i gdy samochód zatrzymał się i kazano nam wysiadać, zobaczyłem rampę kolejową, przy której stał bardzo długi szereg krytych bydlęcych wagonów. Ustawiono nas w szereg i rozpoczęła się dokładna rewizja. Odbierano noże, scyzoryki i wszystkie przedmioty metalowe. Po rewizji dołączyliśmy do długiej kolumny, która rosła w miarę przywożonych następnych transportów. Po pewnym czasie od przodu kolumny rozpoczęło się ładowanie do wagonów. Otwierano drzwi wagonu, odliczano pewną liczbę ludzi (nie pamiętam, czy było to 40 czy 50), kazano wsiadać, po czym drzwi zasuwano i ryglowano. W sumie trwało to parę godzin. 

Wagon wewnątrz był zupełnie pusty, nie licząc żeliwnego piecyka, który stał na środku, i skośnej rynienki z blachy, zakończonej dość szerokim lejkiem wystającym na zewnątrz, która była przytwierdzona do ściany obok drzwi. U góry, w przeciwległej ścianie, było zakratowane okienko przesłonięte dodatkowo drucianą siatką. Z napięciem oczekiwano ruszenia pociągu: w jakim kierunku pojedziemy? Wszyscy spodziewali się, że na zachód, do Rzeszowa. W końcu pociąg ruszył i po kilkunastu minutach zadudnił na moście na Sanie. Jechaliśmy w kierunku Medyki – na wschód. Był 13 listopada 1944 r. – dokładnie to zapamiętałem. 

 

  1. Jan (1916-1995) był synem Wandy i Włodzimierza Dzieduszyckich.
  2.  Były dwa wydania książki – pierwsze z 1986 r. wydrukowane w Paryżu przez Editions Spotkania i drugie z 1989 r.  Wydawnictwa Lubelskiego, opublikowane w 1989 roku.