Kurkowa. Wspomnienie Stanisława Cieńskiego

Ulica Kurkowa 15 we Lwowie to adres, pod którym WłodzimierDzieduszycki (1825-1899) i jego żona Alfonsyna (1836-1919) począwszy od 1855 roku spędzali coraz więcej czasu z racji licznych spraw zatrzymujących ich we Lwowie. Bardzo szybko pałac zaczął tętnić życiem. Małżonkowie prowadzili tam przez wiele lat salon towarzyski, ale po latach okazało się, że pałac na Kurkowej stał się przede wszystkim centrum życia rodzinnego i bardzo ważnym punktem odniesienia dla całej rodziny.

Poniżej prezentujemy tekst Stanisława Cieńskiego (1898-1993) Kurkowa, który pochodzi z jego książki Zamykam oczy i widzę. Stanisław był wnukiem Włodzimierza i Alfonsyny oraz synem ich córki Marii (1863-1941).1.

 Kurkowa

Po świętach Bożego Narodzenia w 1904 roku, a przed Nowym Rokiem wyjechaliśmy wszyscy trzej bracia2. do Lwowa, do babci Włodzimierzowej na Kurkową.

To był chyba mój pierwszy wyjazd z Pieniak. Ciekawość jazdy koleją i radość zobaczenia Lwowa, o którym wciąż słyszeliśmy, była ogromna. Kilkumiesięczny pobyt we Lwowie, z tyloma ciekawymi wrażeniami, głęboko utkwił mi w pamięci i zdaje mi się, że od tego czasu wszystkie przeżycia lepiej rozumiałem, uszeregowały się w mojej pamięci w nieprzerwaną już ciągłość. Wówczas to dojrzałem do tego stopnia, że zacząłem rozumieć przyczyny i celowość otaczających mnie zjawisk.

Babcia była bardzo czuła i dobra dla nas. Odstąpiła nam swoją sypialnię na parterze, sama zaś przeniosła się do trzeciego pokoju obok, dawnej sypialni dziadzia. Zrazu była z nami nasza Jula, ale niebawem przyjechała nauczycielka, by prowadzić normalne lekcje. Codzienne spacery po Lwowie, a szczególnie na niedaleki Wysoki Zamek i kopiec Unii Lubelskiej były dla nas pełne nowych wrażeń. Odwiedzanie muzeum dziadzia z nieskończoną ilością zwierząt i ptaków było najmilszym przeżyciem. Babcia bardzo była rada, że tak zapalamy się do zbiorów przyrodniczych i nie miała nic przeciwko temu, byśmy prawie codziennie tam chodzili. Z tego czasu pamiętam tramwaje lwowskie – były jeszcze konne, koń ciągnął po szynach tramwaj, a woźnica wciąż dzwonkiem dzwonił na przechodniów, były jednak również nowo założone elektryczne, jazda jednymi i drugimi należała do wielkich atrakcji. Z wielkim przejęciem oglądaliśmy Panoramę Racławicką na placu powystawowym w parku Stryjskim. Jak żywa przedstawiała się wielka bitwa z wszystkimi szczegółami, nie mogliśmy się więc od niej oderwać, a wróble latające wśród rozbitych wozów i armat zalegających na pierwszym planie na piasku czyniły widzianą bitwę rzeczywistością!

A cóż mówić o zwiedzanych kościołach, muzeach, pamiątkach, wszystko to niezatarte wrażenie robiło na nas.

Ogród na Kurkowej bardzo był ładnie położony. Za pałacem wznosił się tarasami co najmniej o sto metrów ponad nim, u szczytu stał wielki stół kamienny, skąd roztaczał się wspaniały widok na bez mała cały Lwów, na wszystkie zabytkowe katedry, kościoły, ratusz i co ważniejsze budowle. Lubiliśmy stamtąd podziwiać panoramę pięknego Lwowa.

Do największych naszych przyjemności należała przejażdżka z babcią. Jeździło się landarą lub karetą. W stajni na Kurkowej stały dwie pary koni wyjazdowych. Jedna para to były kare karosjery osiemnastej miary, druga – dwa ogiery arabskie: Szejtan i Gridran. Kiedy babcia miała wyjechać do miasta, zajeżdżał furman w liberii przed pałac, a my już z dala słyszeliśmy tupot podjeżdżających koni. Służący ubrany jak furman, zamknąwszy drzwiczki za babcią, siadał na kozioł obok furmana i ruszaliśmy do miasta. W czasie pogody otwarta była landara, jeden z nas siadał obok babci, dwaj zaś pozostali na siedzeniu naprzeciw. Babcia w mieście zatrzymywała się przed różnymi sklepami, a wówczas służący zeskakiwał z kozła, otwierał drzwiczki i idąc z tyłu za babcią, towarzyszył do sklepu, niosąc następnie zakupiony pakunek do powozu. Nieraz z miasta jeździliśmy na dalszy spacer, a babcia pozwalała nam wybierać kierunek jazdy.

Na Kurkowej ojciec miał swoje stałe mieszkanie, dokąd co tydzień na parę dni zjeżdżał. W czasie naszego ówczesnego pobytu brał nas nieraz z wizytami, od najmłodszych więc lat nauczyliśmy się wśród starszych przebywać.

Babcia wstawała późno i po ukończeniu toalety windą jechała na pierwsze piętro, biorąc ze sobą wszystko, co do wieczora będzie potrzebować. A więc moc książek, wiele robót ręcznych, z których kilka równocześnie haftowała, jak ornaty, poduszki, dywany. Wszystko to panna służąca niosła i układała na obracanych stołach o kilku kondygnacjach, stojących obok szezlongu w wielkim salonie. Piękna to była sala, o dużym balkonie ponad podjazdem. Na ścianach wisiały wielkie gobeliny. Było też kilka portretów rodzinnych: dziadka, babci, Ignacego Miączyńskiego pędzla Fugiera, matki dziadzia – Pauliny z Działyńskich Dzieduszyckiej. Część jednej ściany pokrywała ogromna złota makata buczacka. U sufitu zwisał przepiękny kryształowy świecznik. Obok był mniejszy salon, pokryty cały makatami buczackimi. Tu był duży szkic kolorowy Bitwa po Wiedniem, oryginał Matejki, także piękny portret Kościuszki Lampiego z dedykacją naczelnika swemu adiutantowi spod Racławic Wawrzyńcowi Dzieduszyckiemu, jak również obraz Juliusza Kossaka Rodzina Dzieduszyckich na polowaniu. W tym salonie zbierała się zwykle młodzież, to jest nasze bardzo liczne cioteczne rodzeństwo. Z dużego salonu było wejście do sali jadalnej, gdzie zazwyczaj do obiadu siadywano w kilkanaście osób, a nieraz i więcej, skoro odbywał się większy zjazd rodzinny. Utarło się powiedzenie, że wszystko na świecie się kończy, nawet obiad na Kurkowej. Obiad ten zaczynał się zależnie od tego, kiedy babcia była gotowa i windą przyjechała na górę. Czas zaczęcia wahał się nieraz w kilku godzinach. Rodzina i zaproszeni goście oczekiwali bardzo długo, zebrani w salonie i saloniku, zanim się ukazała babcia i zajęła swój fotel w jadalni. Teraz zaczynał się przedłużający się w nieskończoność obiad złożony z mnóstwa dań i bardzo wolno spożywany. W porze letniej po obiedzie przechodzono do tak zwanego pokoju ogrodowego, położonego obok jadalni, gdzie bywała podawana czarna kawa. Tu babcia przesiadywała wraz z gośćmi do podwieczorku, przechodząc wprost do ogrodu pod płaczący jesion, gdzie latem przebywała do kolacji. Gości odwiedzających babcię było zawsze moc, wziąwszy pod uwagę bardzo liczną rodzinę, wiek babci i stanowisko, jakie dziadostwo od wielu dziesiątek lat w kraju zajmowali. Tak toczyło się niezmiennie życie na Kurkowej od mego dzieciństwa aż po śmierć babci w 1919 roku.

Alfonsyna Dzieduszycka w ogrodzie przed pałacem we Lwowie (1916)

Stale któraś z córek bywała z babcią, zmieniając się po paru tygodniach pobytu. Zawsze kilka lub kilkanaście osób mieszkało równocześnie na Kurkowej: córki, zięciowie, wnuki z nauczycielami i nauczycielkami, a trzeba ich było pomieścić, przyjąć, pożywić. Babcia jednak bardzo lubiła ten ciągły ruch przyjeżdżających i odjeżdżających. Nie męczyło ją to wcale, lecz przeciwnie – chciała być otoczona córkami i wnukami, okazywała im wszystkim najserdeczniejszą gościnę i radość z ich pobytu.

Na parterze mieściły się apartamenty babci, sypialnia, toaleta, łazienka, następnie salonik, w którym prawie codziennie odprawiał mszę świętą franciszkanin z obok położonego kościoła. Ten salonik w okresie, gdy babcia na górę nie wyjeżdżała, był pokojem jej przyjęć. Dalej sypialnia dziadzia z różnymi pamiątkami, wreszcie tak zwany pokój „zakopiański” z boazeriami, w którym zwykle mieszkała jedna z wnuczek, resztę parteru zajmowała biblioteka ordynacji poturzyckiej. Na pierwszym piętrze prócz salonu, saloniku, sali jadalnej i pokoju ogrodowego mieściły się pokoje przeznaczone na sypialnie, w ostatnim z nich zwykle mieszkaliśmy my, przebywając na Kurkowej. Znajdował się tam znany obraz Leopolda Löfflera, przedstawiający śmierć hetmana Stefana Czarnieckiego w Sokołówce. Dziś obraz ten zdobi galerię w Muzeum we Wrocławiu. Całe drugie piętro zajmowała galeria obrazów, zebrana przez dziadka babci – Ignacego Miączyńskiego, która w dawnych czasach znajdowała się w Pieniakach. Na tę galerię składały się cenne obrazy z włoskiej, holenderskiej i hiszpańskiej szkoły, a główną jej ozdobą był obraz pędzla van Dycka. Babcia umożliwiała publiczne zwiedzanie swej galerii dwa razy w tygodniu. Kustoszem jej był doktor Józef Piotrowski, po pierwszej wojnie światowej konserwator wojewódzki we Lwowie. Skoro jednak zjeżdżało na Kurkową za wiele młodzieży, która nie mogła pomieścić się na pierwszym piętrze, wówczas pokoje galerii obrazów zamieniano na sypialne, zamykano galerię dla zwiedzających i zamieszkiwaliśmy tam wraz z naszymi kuzynami. Najczęściej takie przeludnienie następowało w czasie egzaminów półrocznych w zimie lub z końcem roku szkolnego w lecie. Tak my, jak chłopcy Czartoryscy i Mycielscy, ucząc się w domu, zdawaliśmy dwa razy w roku egzaminy gimnazjalne we Lwowie i wtedy to wszyscy zjeżdżaliśmy na Kurkową. Wujostwo Tadeuszowie Dzieduszyccy mieli obszerne mieszkanie na Kurkowej pod numerem 17, gdzie nieraz wraz z dziećmi na dłuższy okres przybywali. Pałac pod 15 był połączony wewnętrznym przejściem z kamienicą pod 17, tak że się stale odwiedzano. Kurkowa była drugim naszym domem, dokąd jeździliśmy z największą radością, dawała nam bowiem poza spotykaniem najbliższych krewnych wszystkie przyjemności wielkiego miasta.

Do śmierci babci, a więc do mego dojrzałego wieku, Kurkowa łączyła nas w jedną wielką rodzinę, stale się spotykającą i zżytą z sobą. Wielka to zasługa babci, że wyrobiła w nas, swoich wnukach, taką spójnię rodzinną, która przetrwała całe nasze życie i do dziś łączy nas jak jedno wielkie rodzeństwo.

W czasie paromiesięcznego pobytu na Kurkowej pokochaliśmy babcię i przywiązaliśmy się szczerze do niej. Wspominam z największym rozczuleniem, jak to wieczorem, kiedy położyliśmy się już spać, przychodziła do nas kochana babcia na wspólny pacierz, następnie zaś usiadłszy obok naszych łóżek, pytała, jakie nam wiersze do snu deklamować. Po starszeństwie każdy z nas na zmianę prosił o ulubione swoje wiersze, a babcia aż do zaśnięcia nam je mówiła. Włodek i Ludek prosili zazwyczaj o Mohorta, a ja o Przebolało Wincentego Pola. Babcia miała fenomenalną pamięć i całego Mohorta jak również wiele innych poezji w całości umiała.

Stowarzyszenie Związek Rodowy Dzieduszyckich dziękuje Janowi Cieńskiemu za zgodę na zamieszczenie na stronie www.dzieduszyccy.pl rozdziału Kurkowa z książki Jego dziadka Stanisława Zamykam oczy i widzę, wyd. LTW, Łomianki 2015.

 

 

  1. Maria wyszła za mąż za Tadeusza Cieńskiego (1856-1925) w 1894 roku. Urodziła dziewięcioro dzieci: Magdalenę (1895-1996), Włodzimierza (1897-1983), Ludomira (1899-1988), Stanisława (1989-1993), Wojciecha (1903-1907), Jana (1905-1992), Klementynę (1896-1928), Jadwigę (1901-1990), Annę (1907-2003)-przypis od redakcji
  2. Włodzimierz (1897-1983), Ludomir (1899-1988), Stanisław (1898-1993)-przypis od redakcji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *