Skip to main content

Ewa Cieńska – Fedorowicz napisała we wstępie do swojej książki Wędrówki niezamierzone (wyd. LTW, 2012), że zawsze lubiła pisać. Całe szczęście, bo dzięki jej pasji możemy poznać niezwykłą historię życia jej i jej rodziny1. Opowieść rozpoczyna się w  Jezupolu, a jej fragment publikujemy poniżej.2.

Ewa Cieńska – Fedorowicz

Wędrówki niezamierzone

Gniazdo rodzinne mojej matki to niewielkie miasteczko położone na Pokuciu, w rozwidleniu Dniestru i wpadającej do niego od południa Bystrzycy. Kiedyś, gdy znajdowało się pod okupacją turecką, nosiło wdzięczną nazwę Czesy-Biesy. Wtedy to na obu brzegach Dniestru wznosiły się obronne zameczki, połączone podziemnym przejściem biegnącym pod korytem rzeki. W razie niebezpieczeństwa tunel umożliwiał mieszkańcom obu miejscowości ucieczkę z jednej strony rzeki na drugą. Obecną niezwykłą nazwę Jezupol wyjaśnia legenda: pan tej krainy – Jakub Potocki – uciekając przed goniącym go wrogiem, w tym właśnie miejscu spiął swego rączego rumaka i przeskoczył przez, bądź co bądź bardzo tu szeroką, rzekę, wołając: „Jezus Maria”. Dlatego miejscowość na jednym brzegu Dniestru nazywa się Jezupol, a na drugim Mariampol.

Matka moja, urodzona w roku 1902 w Jezupolu na Pokuciu nad Dniestrem koło Stanisławowa, wczesne dzieciństwo miała rzeczywiście luksusowe. Dziadek jej, Wojciech Dzieduszycki, miał wielki majątek, wspaniały (ponoć) pałac w Jezupolu, o czym wiem jedynie ze słyszenia, gdyż nie udało mi się nigdy zdobyć jakiejkolwiek reprodukcji owego pałacu. Sam Wojciech piastował wysokie urzędy państwowe w Galicji i cieszył się zaufaniem, a nawet przyjaźnią Franciszka Józefa, cesarza austriackiego, któremu podlegała Galicja, a więc także Lwów i Jezupol. Był cenionym filozofem, politykiem, dyplomatą i o ile się orientuję, sprawy finansowe nie musiały zaprzątać jego dostojnej i mądrej – a jakże! – głowy.

To był naprawdę wielki filozof. Gdy czyta się dziś jego przewidywania przeszłości, aż dziw bierze, jak to się wszystko sprawdza. I materializm, i korupcja, i bezbożność (Boga ma zastąpić mamona), prywata, a wszystko to stać się ma jako następstwo rodzącego się w Europie socjalizmu (pisz pan komunizmu, pradziadek zmarł w 1909 roku, czyli na pięć lat przed wybuchem pierwszej wojny światowej).

My natomiast, chociaż umarł na parę lat przed naszym urodzeniem, znałyśmy pradziadka głównie z powodu jego wierszyków, często swawolnych i nie zawsze parlamentarnych, na przykład o królach polskich. I tak:

Wielki Król nasz, Jan Sobieski, bardzo lubił małe pieski Nawet gdy one szczekały, nic się nie bał rycerz śmiały Jego żona Marysieńka, bardziej gruba niźli cienka, Przeciwnego była zdania, nie lubiła psów szczekania.

Król Władysław Laskonogi
Raz połamał obie nogi
Jego żona się gniewała,
Nogi klajstrem posklejała.

Ale też:

Cesarz Fryderyk Barbarossa, nie obcierał nigdy nosa. 
Nawet gdy wojował na wschodzie, nie miał chustki ku wygodzie.
Bliżej palce niźli chusta, są na świecie różne gusta.

Mój pradziadek, a mamin dziadek Wojciech zmarł, gdy była jeszcze małą dziewczynką, ale dopiero wybuch pierwszej wojny światowej wstrząsnął posadami życia mieszkańców jezupolskiego pałacu. Przez niespełna sześć lat wojska austriackie, węgierskie, rosyjskie, bolszewickie, ukraińskie wreszcie, to wszystko przetaczało się przez Kresy, niszcząc, paląc, mordując, dewastując, rabując, gwałcąc; tyle wystarczyło, by wszystko zniszczyć. Rodzina Dzieduszyckich, rodzice, mama, jej dwaj bracia parokrotnie uciekali, parokrotnie wracali, a wróciwszy po raz ostatni, zastali zgliszcza i już tego wszystkiego nie dało się odbudować. Dziadek mój zdobył jakiś barak, w którym wszyscy mieszkali, a dwór w tym czasie odbudowywano, ale już „nie tak wielki, tak piękny, jak dawniej bywało”. Jeszcze pamiętam ten barak, tam się urodziłam, choć wyjechaliśmy potem do Ossowiec, gdy już miałam trzy lata, a ossowiecki dwór jako tako nadawał się do zamieszkania. Po dawnym jezupolskim pałacu zostały jeno jakieś rozległe tarasy zarośnięte trawą, resztki sztukaterii, kolumn, marmurowych ozdób częściowo wkopanych w ziemię, dookoła których wyrosły krzewy, a nawet drzewa rozłożyste, gdzie bawiłyśmy się z moimi siostrami podczas częstych naszych wakacyjnych odwiedzin. Park jezupolski rósł sobie teraz, jak sam chciał, przez nikogo niepielęgnowany, zarastając stromą skarpę opadającą ku rzece Bystrzyca, w tym miejscu wpadającej swym szerokim korytem do jeszcze szerszego i pieniącego się wzburzonymi falami Dniestru. Mieszkaliśmy wiec w Ossowcach, ale często wracaliśmy do Jezupola, jak nie wszyscy razem, to przynajmniej my, dzieci, a najczęściej mnie podrzucano babci pod opiekę.

W 1980 roku, na moją usilną prośbę, moja matka, Aniela (Nela) z Dzieduszyckich Cieńska, zaczęła spisywać swoje wspomnienia. Niestety, zmarła rok później, nie napisawszy wiele, ale najciekawsze wyjątki tu przytaczam. Warto przypomnieć dzisiejszemu czytelnikowi, że w latach młodości mojej mamy polskie Kresy, a więc także województwo stanisławowskie, obejmujące Jezupol, należały do zaboru austriackiego.

Pamiętnik swój zaczyna mama od wspomnień z 1909 roku, gdy jako siedmioletnia dziewczynka była świadkiem pogrzebu jej dziadka. Kim był ów słynny wówczas Wojciech Dzieduszycki, mój pradziadek? Oto fragmenty jego biografii opracowanej przez profesora Stefana Kieniewicza:

Urodzony w 1848 roku w Jezupolu Wojciech Dzieduszycki, polityk, publicysta, filozof, psycholog, historyk sztuki i archeologii, estetyk, pedagog, poeta, powieściopisarz i dramaturg. Poseł do Rady Państwa. Minister dla spraw Galicji. Kawaler Orderu Żelaznej Korony I klasy. Znał jak mało kto monarchię austriacką, był we Wiedniu autorytetem. Przeczuwał bliski upadek Austrii i nie chciał z nią wiązać polskich nadziei. Wiedział, że ruch wyzwoleńczy polski na nikogo w Europie liczyć nie może. Dla sprawy polskiej pracował i żył. Za ostateczną zasadę poznania uznawał sumienie i na nim opierał wiedzę o Bogu, nieśmiertelności duszy i wolności woli. Z zamiłowaniem pracował nad historią sztuki własnego kraju jako „konserwator urzędowy” (1880). Prowadził restaurację licznych kościołów łacińskich i greckich, kierował wykopaliskami, odnowił towarzystwo archeologiczne we Lwowie. Głosił bliskie załamanie się cywilizacji współczesnej. Śmiertelny atak seca poraził go w Wiedniu w parę godzin po posiedzeniu Izby, gdy cieszył się nadzieją bliskiego wkroczenia austriackich wojsk do Kongresówki.

Gdy zmarł, miał sześćdziesiąt jeden lat. Pradziadek był też wizjonerem. Tak pisał u schyłku dziewiętnastego wieku o groźbie wiszącej nad światem, o zwycięstwie socjalizmu:

Ludzie okuci w łańcuchy ekonomiczne będą niewolnikami rządu, tyrania będzie się stroić w imię wolności, a stanowiska rządu będą tak intratne, że zręczni awanturnicy będą ciągle jedni drugich strącać, wydając na pośmiewisko pojęcie rządu. Będzie źle i będzie haniebnie. Barbarzyństwo zalegnie ziemię, czyniąc państwo i mamonę jedynymi bogami ziemi. Ludzie staną się maszynami oczekującymi chleba i łaski, i zasługującymi na ten chleb podłością!

A oto wspomnienia mojej matki, Anieli z Dzieduszyckich Cieńskiej:

Ze wspomnień o dziadku, Wojciechu Dzieduszyckim, pamiętam jego pogrzeb. Z okna pierwszego piętra oglądaliśmy z moim starszym bratem Julkiem orszak pogrzebowy, który szedł od stacji kolejowej – ciało zostało przywiezione pociągiem z Wiednia – do kościoła 0.0. dominikanów w Jezupolu. Najpierw szła rodzina, babcia Seweryna, nasi rodzice, wuj Konrad Łuszczewski, po prawej stronie jakiś dygnitarz austriacki, występujący w imieniu cesarza, ubrany imponująco – kapelusz z pióropuszem, złote ordery, złote guziki, mundur i złote szamerowania… Dalej tłumy różnych polskich dygnitarzy, rodzin, znajomych, chłopów z okolicznych wsi. Cały rynek był zapełniony. Kondukt prowadzili biskup katolicki, 00. dominikanie, biskup grekokatolicki i rabin.

Po pogrzebie była, naturalnie, stypa. Stoły ustawiono przez cały pokój jadalny, przez duży salon, salonik i przedpokój, a także na gazonie – dla gości z okolicznych majątków i wsi. Wszyscy sąsiedzi przywieźli ze sobą kucharzy i służących, którzy pomagali gotować, a potem usługiwać gościom. Nam, dzieciom, wolno było kręcić się między stołami, żeby sprawdzać, czy na wszystkich są te same dania, i czasem coś tam skubnąć.

Ja i starszy ode mnie o rok Julek3 byliśmy wychowywani przez pannę Karolinę Szczecińską, córkę powstańca, wychowankę Hotelu Lambert w Paryżu. Pracowała ona w rozmaitych, znajomych dworach w Polsce, jak choćby u ministra Zaleskiego czy pp. Paygertów, ucząc dzieci i młodzież. Kiedy wybieraliśmy się z wizytą do sąsiadów, my z Julkiem jechaliśmy małym, granatowym powozikiem zaprzężonym w krase kucyki, podczas gdy rodzice powozem z furmanem w liberii na koźle.

Jednym z sąsiadów, który nas często odwiedzał, był słynny śpiewak operowy Didur4. Był on właścicielem pobliskiego majątku Kozina, w którym administrował nasz daleki kuzyn Zdzisław Horoch. Didur przyjeżdżał czasem do nas z całą swą rodziną. Żona jego, Mulatka z Ameryki Południowej, była także śpiewaczką. Mieli trzy dziewczynki, a Ewa i Olga były przemiłe. Często spotykaliśmy też ich w kościele u dominikanów, a po mszy przyjeżdżali do nas na obiad.

Przed pierwszą wojną światową auta były jeszcze w naszych stronach rzadkością. Pierwsze, które zobaczyliśmy, należało do pana Preka5. Wkrótce także nasz ojciec kupił auto – karetę.

Drzwiczki były z tyłu, siedzenia dla pasażerów wzdłuż bocznych ścianek, a także dodatkowe ławeczki na drzwiczkach. Auto wspaniale się sprawowało na dobrych, równych drogach – jadąc, płoszyliśmy kury, krowy i ludzi na wsi – ale wjazd na najmniejszą choćby górkę sprawiał już niemałe trudności. Trzeba było wysiadać i pchać. […] Na przykład do Zadwórza, do Bochdanów, jechało się pociągiem. Tam mieszkała siostra naszej mamy, Anna, oraz jej pięć córek i trzech synów. Byliśmy w wielkiej przyjaźni.

W Jezupolu mieszkało bardzo wielu Polaków, czynnych i uświadomionych. Urządzali koncerty, przedstawienia i obchody. Przewodził im mój ojciec, który brał czynny udział w tych imprezach. Pamiętam przedstawienie, w którym grał główną rolę – powstańca. W trzecim akcie został zastrzelony przez rosyjskiego żołnierza i wspaniale padł na środku sceny. Potem bardzo byłam zdziwiona, że wyszedł razem z nami z ratusza, gdzie odbywało się przedstawienie, cały i zdrowy.

Mój ojciec należał też do Sokoła. Była to organizacja galicyjskich bojowników o wolność, która weszła potem w szeregi Legionów. Pamiętam, jak ćwiczyli nad Dniestrem. Mieli bardzo ładne mundury – ciemnoczerwone koszule, brązowe kurtki i spodnie, okrągłe czapki z sokolim piórem, a zamiast broni chorągiewki. W 1910 roku ojciec na czele kilkudziesięciu Sokołów wyjechał na odsłonięcie pomnika Grunwaldzkiego do Krakowa. Wziął wtedy ze sobą dziewięcioletniego Julka, któremu kazał uszyć mundur Sokoła.

W 1912 roku urodził się Tunio6. Zawsze był słabego zdrowia. Niania mówiła, że ma słabe serce i mamy się zachowywać cicho, wchodząc do jego pokoju, żeby go nie wystraszyć.

Juliusz Dzieduszycki7  założył w Jarczowcach hodowlę arabów. Opowieść rodzinna głosi, że przebywając kiedyś w Arabii Saudyjskiej, zobaczył u jakiegoś szejka prześliczną klacz, którą koniecznie chciał kupić. Ale szejk nie chciał jej sprzedać. Dzieduszycki kupił więc od niego inne klacze i ogiery i kazał swym ludziom przeprowadzić je do portu. A w nocy, gdy wszyscy spali, zakradł się do  stajni, osiodłał tę swoją wymarzoną klacz, zostawił odpowiednią sumę pieniędzy, wskoczył na siodło i po prostu odjechał. Arabowie, kiedy tylko się zorientowali, zaczęli go gonić, ale klacz była tak szybka, że nie zdołali go złapać.

Po śmierci Juliusza Dzieduszyckiego Jarczowce przeszły w 1884 roku na własność mego ojca. Połowa stadniny została wtedy przewieziona do Sanguszki, połowa do Jezupola, a rodzice wybrali się do Indii po zakup nowych koni, zostawiając dzieci i dom pod opieką babci, Anieli Kielanowskiej. Była ona wprawdzie tylko przyszywaną babcią, ale ukochaną przez całą rodzinę opiekunką i wychowawczynią. Nie tylko tego, ale i poprzedniego pokolenia. Cała wyprawę po konie matka moja opisała w książce Indyje i Himalaje, wydanej w 1912 roku we Lwowie.

Po kilku miesiącach nieobecności rodzice wrócili, przywożąc cztery ogiery: Hermita, Kohejlana, Enisa i czwartego, którego imienia nie pamiętam. Przywieźli też cztery klacze. Dwa z tych ogierów pojechały do Wiednia, gdzie zostały kupione do stajni cesarskiej. W ten sposób zwróciły one prawie wszystkie koszty podróży. Do Jezupola początkowo przyjechał tylko Kohejlan, bo Hermit miał wypadek. Kiedy sprowadzano go ze statku na pokład, stanął dęba, pośliznął się i złamał tylną nogę. Ojciec wiedział, że koń jest już skończony, bo nie będzie mógł mieć potomstwa, a był to najpiękniejszy ogier z całej czwórki. Na szczęście tym samym statkiem płynął weterynarz z Triestu. Postanowił wziąć ogiera do siebie i spróbować go wykurować. Po paru miesiącach zatelegrafował do Jezupola, że koń jest zdrowy i można go odebrać. Ojciec wysłał po niego furmana i rzeczywiście, okazało się, że Hermit jest zupełnie zdrowy i nawet doczekano się po nim potomstwa. Dziś w Stanach Zjednoczonych jest wiele koni – prawnuków i prawnuczek po tym pięknym i szlachetnym ogierze.

Zbliżał się rok 1914. Nikt nawet się nie domyślał, jak straszne czasy się zbliżają. W styczniu tego roku ojciec zaprosił wielu gości na polowanie. Niestety, skończyło się ono źle. Jeden z sąsiadów, Wodzicki, sławny zresztą myśliwy, strzelił do dzika, ale kula odbiła się od drzewa i trafiła moją matkę w brzuch. Naturalnie polowanie się skończyło, a moją matkę, która padła na śnieg, saniami przywieziono do dworu. Najbliższy lekarz był w Stanisławowie. Na szczęście są telefony. Doktor Dobrucki natychmiast dostaje do dyspozycji lokomotywę, bo pociąg będzie dopiero za dwie godziny. Wspaniali kolejarze przepuszczają parowóz i w niecałe pół godziny doktor jest już przy mamie. Operację przeprowadza na stole w jadalni. Lampę nad stołem trzymał Zdzisław Horoch, nasz sąsiad, a narzędzia podawała jedna z pań. Naturalnie w tych warunkach doktor nie mógł podjąć się wyjęcia kuli, która utkwiła pod kręgosłupem, wydezynfekował więc tylko ranę i zaszył. Stan mamy był beznadziejny. Wyglądało na to, że już nie ma ratunku. Leżała w pokoju na piętrze. Pamiętam, że ojciec kazał wyłożyć słomą cały podjazd, żeby nie było hałasu. Nam, dzieciom, w ogóle nie wolno było chodzić na piętro, gdzie leżała mama.

A jednak silny organizm mamy walczył ze śmiercią przez trzy tygodnie.

Tu następuje opowiadanie chorej babci, Ewy z Koziebrodzkich Dzieduszyckiej:

Byłam nieprzytomna. Podawali mi ciągle morfinę, a gdy przestawała działać, wracały ogromne bóle. Aż pewnego dnia, nie wiem, czy to była noc czy dzień, poczułam się taka lekka. Nic nie czuję, nie czuję bólu, oglądam się wkoło, widzę wspaniałe światło, które mnie otacza i sama jestem jakby za oknem. Wpatruję się przez okno i widzę siebie leżącą na łóżku. Co za ulga! Już wyszłam z tego tak strasznie bolącego ciała i już nie będę cierpieć. Nie chce tam wracać. Wtem drzwi się otwierają i do pokoju wchodzi moja ciotka, kochana opiekunka z lat dziecinnych, tak zwana „Babcia”, Aniela Kielanowska. Przybliża się do łóżka, wyjmuje z kieszeni flaszeczkę i wlewa mi do ust jakiś płyn. Od razu zorientowałam się, że jest to woda z Lourdes. Wiem już, że muszę teraz wracać do tego ciała. Odzyskałam przytomność i otworzyłam oczy.

I znów wspomnienia mojej mamy:

Na drugi dzień po przyjeździe babci Kielanowskiej lekarz orzekł, że gorączka minęła i chora czuje się na tyle dobrze, że można ją przewieźć do Lwowa, gdzie będzie mogła przejść drugą operację. Dyrekcja kolei tego samego dnia przysłała wagon sanitarny, do którego przetransportowano moją matkę, a niedługo potem pociąg pospieszny do Lwowa zatrzymał się w Jezupolu. Tam doczepiono wagon sanitarny i z pięciominutowym opóźnieniem dojechali na miejsce. Po trzech miesiącach mama wróciła do Jezupola, a w miesiąc później, czyli w czerwcu, wyjechała na rekonwalescencję do Szwajcarii. Stamtąd pisała, że czuje się bardzo dobrze i chodzi nawet na krótkie wycieczki. Aż raptem przyszedł list, że jest bardzo szczęśliwa, bo udało jej się wejść na jeden z najwyższych alpejskich szczytów, Glos Glockner, i może już wracać do domu. A był to najwyższy czas, bo zbliżła się burza wojenna.

W sierpniu wybuchła pierwsza wojna światowa.

Rok 1914. Wojna! Musiałam pożegnać się z beztroskim życiem.


Stowarzyszenie Związek Rodowy Dzieduszyckich dziękuje Ewie Cieńskiej – Fedorowicz za udzielenie zgody na publikację fragmentu książki Wędrówki niezamierzone.

 


 

  1. Od redakcji: Ewa Cieńska-Fedorowicz ur. w 1923 r. jest córką Anieli Róży z Dzieduszyckich (1902-1981) i Witolda Cieńskiego, wnuczką Ewy z Koziebrodzkich (1879-1963) i Władysława Jakuba Dzieduszyckiego (1875-1940) oraz prawnuczką Seweryny z Dzieduszyckich – córka Aleksandra – (1852-1925) i Wojciecha Dzieduszyckiego (1848-1909).
  2.  Wędrówki niezamierzone, wyd. LTW,  2012, s. 7-18.
  3. Juliusz Dzieduszycki 1901-1974 ożeniony z Kazimierą Stablewską.
  4. Adam Didur (1874–1946), śpiewak (bas) światowej sławy.
  5. Franciszek Ksawery Prek 1801-1863, malarz i pamiętnikarz.
  6. Wojciech Dzieduszycki 1912-2008.
  7. Juliusz Dzieduszycki 1817-1885, syn Kajetana Jana 1772-1842.