23 grudnia 2023 roku w wieku 88 lat odeszła śp. Izabella Cywińska.
Nabożeństwo pogrzebowe będzie odprawione 9 stycznia 2024 roku o 12:30 w Kościele Środowisk Twórczych (ul. Senatorska 18B) w Warszawie. Pogrzeb odbędzie się na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach (ul. Powązkowska 43/45) w Warszawie – kondukt ruszy o 15:00 spod Bramy Głównej do Alei Zasłużonych (kwatera FV, rząd I, grób 5).
Zamiast kwiatów rodzina prosi o wpłaty na Fundusz Obywatelski im. Henryka Wujca: Fundacja dla Polski nr konta 87 1140 1010 0000 5294 4600 1021.
Śp. Izabella Cywińska urodziła się 25 marca 1935 r. we Lwowie, ale za swoją „krainę początku” uważała dom rodzinny w Kamieniu. Była córką Elżbiety z Łuszczewskich (1906-1987) i Andrzeja Cywińskiego (1909-1936), wnuczką Antoniny z Dzieduszyckich (1874-1940) i Konrada Łuszczewskiego (1876-1937), praprawnuczką Seweryny (1852-1925) i Wojciecha (1848-1909) Dzieduszyckich oraz żoną Janusza Michałowskiego (ur. 1937). Od 2002 roku była członkiem Związku Rodowego Dzieduszyckich herbu Sas.
Odeszła w przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia. Pomyślałam, że przypomnę Jej wigilijne wspomnienie, które zamieściła w książce autobiograficznej „Dziewczyna z Kamienia”.
To, że urodziłam się we Lwowie, było fanaberią Mamy. Zakochana we Lwowie i wszystkim, co lwowskie, nie wyobrażała sobie, żeby jej dziecko mogło nie być „lwowskie”. Moją siostrę też wcześniej tam urodziła. Wszystko, co związane ze Lwowem, miało być i musiało być piękne. My też. (…)
No tak, urodziłam się we Lwowie, ale w dowodzie osobistym mam wpisane Kamień Puławski. W zawierusze wojennej zginęły gdzieś dokumenty. A że chrzczona byłam w Piotrawinie, tamtejszy ksiądz podał, że urodziłam się w jego parafii, we wsi Kamień. Nie zmartwiłam się tym szczególnie. Kto by chciał mieć po wojnie w papierach: miejsce urodzenia – Lwów, ZSRR? Nie walczyłam nigdy o poprawny wpis, bo wiedziałam, że Lwów nie był mój. Lwów był Mamy.
Mój własny „pierwszy świat”, miejsce, gdzie zaczęło się „piękno”, był gdzie indziej. W Kamieniu, w domu rodzinnym, w klasycznym, skromnym parterowym dworze z gankiem ozdobionym czterema przysadzistymi kolumnami. (…)
Nasz dom miał, jak każde prawdziwe Piękno, dwa różne oblicza. Wystarczyło obejść go dookoła i spojrzeć na niego od tyłu, by ten sam dwór wyglądał już jak piętrowy pałac. Taki belweder z wielkim tarasem i smukłym czterokolumnowym portykiem z piaskowca, wystającym nad piętro, a nawet ponad dach. Okna pomieszczeń przykrytych portykiem były ozdobione dwoma balkonikami. Na belwederskim tympanonie widniała data 1916, więc to chyba wtedy ukończono przebudowę naszego domu.
Kamień to był dwór z jednej strony i pałac z drugiej. Miał swój awers i rewers.(…)
W głębi podwórza znajdowała się kuźnia. Dla nas, dzieci, najciekawsze i najbardziej tajemnicze miejsce: pełne czerwonych wstęg żelaza, iskier jak sztuczne ognie pod choinką. I nasze ukochane konie stojące w kolejce do kucia, których podobno nie bolało przybijanie gwoździami podków do kopyt. Tuż za kuźnią była stolarnia…
Byłyśmy już podrośnięte, już trochę myślące, więc nie wierzyłyśmy w aniołki (u nas były aniołki, a nie Mikołaje!), które pod choinkę przynoszą cudowne, zamówione wcześniej prezenty. Tym razem – a był to chyba rok 1943 – aniołek miał przynieść nam sanki. Domyślałyśmy się, że sanki zrobi dla nas stolarz. Wybrałyśmy się więc w daleką tajemniczą podróż na sam koniec podwórza, wspięły na lodownię, która była najwyższym punktem w tej okolicy, i czekałyśmy, żeby stolarz wyszedł od siebie.
Przypuszczałyśmy, że jest w zmowie z rodzicami i żadnej tajemnicy nam nie zdradzi. Nareszcie wyszedł.
Najpierw podglądałyśmy przez szpary w bramie stolarni, potem ośmielone weszłyśmy do środka. Dwie pary nowiutkich sanek stały na wielkim stole, już prawie gotowe. Jedne miały zaokrąglone płozy, drugie proste. Zaczął się między nami spór, które będą czyje. Potem były dni wypełnione niecierpliwym oczekiwaniem i… wreszcie finał. Nadeszła Wigilia. Po wszystkich obowiązkowych ceremoniach, bieganinie i wypatrywaniu gwiazdki na niebie, szeptach Stryjka, który jedyny miał prawo rozmawiać z aniołkiem, rozległ się dźwięk dzwoneczka oznaczający, że aniołek przyniósł prezenty i można je już rozpakować. Na wyścigi pobiegłyśmy do salonu, gdzie na środku stała wielka, pod sam sufit, ogniem żywych świeczek płonąca choinka, a pod nią… sanki! Pamiętam krzyk Reni: „A widzisz, mówiłam, że te będą moje!!! No to co? Nie martw się. Twoje też są ładne…”. Byłam smutna, bo jej jak zawsze było na wierzchu, ale dopiero teraz miało być naprawdę smutno. Rodzice słyszeli nasze bezbożne okrzyki. Koniec z aniołkiem, koniec z pięknym oszustwem!!! Przerażone naszym zuchwalstwem zaczęłyśmy ich przepraszać. A oni, nie wiadomo dlaczego, wybuchnęli gromkim śmiechem. Zostało nam wybaczone.
Święta w Kamieniu zawsze były białe i mroźne. I pachniały świerkiem. Na szczycie choinki zamiast gwiazdy, jak to się teraz wiesza, sterczał anioł. Miał duże białe skrzydła z bibułki, a my co roku, bo taki był obyczaj, biegałyśmy wokół niego jak szalone, czekając, że od naszego pędu zgaśnie choć jedna świeczka. Wtedy zatrzymywałyśmy się i jedna przez drugą krzyczały tradycyjne zaklęcie:
„Susiadu, susiadu użyczta mi ognia…”.
Fragmenty z książki Izabelli Cywińskiej „Dziewczyna z Kamienia”.
https://itunes.apple.com/WebObjects/MZStore.woa/wa/viewBook?id=0
MD