Helena z Dzieduszyckich Konopka urodziła się w poniedziałek 18 lutego 1924 roku – dzisiaj kończy 100 lat!
Dzieciństwo i wczesną młodość spędziła w majątku swoich rodziców Stanisława i Anny z Komierowskich w Sokołowie (obecnie Ukraina). W okresie okupacji mieszkała z rodzicami i rodzeństwem w Zarzeczu, w majątku swego stryja Włodzimierza, gdzie w ramach tajnych kompletów zdała maturę. Ukończyła studia na wydziale architektury w Gdańsku, zaczynając je w 1945 roku w zrujnowanym mieście jako pierwszy rocznik po wojnie. Podczas studiów zaczęła pracę zarobkową, dorabiając sobie na życie i mieszkanie. W 1953 roku wyszła za mąż za Włodzimierza Konopkę (1924–2005). W 1971 roku Helena z mężem i trójką małych dzieci (Moniką, Magdaleną i Kazimierzem) wyjechali do Francji, gdzie zamieszkali najpierw w Dornecy koło Veselay, a potem pod Paryżem w Garches. Helena zajmowała się wychowywaniem małych dzieci, a pracę zawodową zaczęła w latach 80-tych. Podczas stanu wojennego w Polsce, widząc jak trudne było zaopatrzenie w kraju, zorganizowała stowarzyszenie „Aide et Partage“ umożliwiające wysyłanie paczek żywnościowych do Polski. W latach 90 Helena z mężem zamieszkali w Montrésorze, gdzie wybudowali własnoręcznie mały domek. Helena założyła piękny ogród, który pielęgnowała z zamiłowaniem do późnej starości. Od 2020 roku Helena mieszka w Domu Św. Kazimierza w Paryżu.
»Jak byłam już trochę większa, to na moje imieniny pozwolono mi pójść samej do ogrodu. Uważałam to za wielką przyjemność, więc ruszyłam przez mostki i dalej, aż do wielkich dębów, w których gnieździły się dudki. Tam się zatrzymałam i rozmyślałam, jak wykorzystać tę okazję. Z tych rozważań nic nie wyniknęło i wróciłam do domu przeżywszy nowe doświadczenie „wolności”«. (ze wspomnień Heleny)
„(…) zawsze byłam gotowa do każdego wyjazdu”. (ze wspomnień Heleny)
„Pewnego słonecznego dnia pojechaliśmy prawdziwym statkiem do Królewca, ale bez wysiadania (to był teren niemiecki) i z powrotem”. (ze wspomnień Heleny)
„Helena była już wtedy wdową i mieszkała sama w Montrésorze. Lubiła mieć własne warzywa, ale do tego trzeba było w odpowiednim czasie przygotować ziemię. Jak się zrobiła wiosna, okazało się, że nie działa glebogryzarka. Przyjechał mechanik, zabrał urządzenie i za parę dni odwiózł naprawione. Odpalił, żeby zademonstrować, że glebogryzarka jest sprawna. Nazajutrz Helena chciała ją uruchomić, a tu nic – nie działa. Zadzwoniła do mechanika, który przyjechał i okazało się, że Helena nie miała dosyć siły, aby ją zapalić. Nie poddała się i prosiła sąsiada, żeby jej odpalił tę glebogryzarkę, której już do końca dnia nie gasiła, żeby skończyć pracę!” (opowiada brat Heleny – Paweł Dzieduszycki)
»Ciocia Helena zmieniła mój sposób myślenia o czasie. W latach dziewięćdziesiątych odwiedziłem Ciocię w Montrésorze, jak zwykle w pośpiechu, zacząłem tłumaczyć moje spóźnienie licznymi obowiązkami i nieustającym brakiem czasu. Ciocia Helena z ciepłym – i chyba trochę ironicznym uśmiechem – odpowiedziała mi, że ciężko jej zrozumieć młodych ludzi, którzy stale powtarzają: Nie mam czasu, nie mam czasu. „A ja każdego ranka, myślę sobie, że Pan Bóg dał mi cały kolejny dzień, który mogę sobie zagospodarować, jak chcę. Bo mi Mateuszku, każdego dnia przybywa jednego dnia, w związku z tym, muszę powiedzieć, że każdego dnia mam go – czasu – coraz więcej”«. (opowiada bratanek Cioci, syn Pawła – Mateusz Dzieduszycki)
Droga Ciociu, dziękujemy jeszcze raz za spisane skrupulatnie pod koniec XX wieku wspomnienia z Sokołowa, które pozwoliliśmy sobie zamieścić poniżej.
SOKOŁÓW DO 1939 ROKU
Wspomnienia Heleny z Dzieduszyckich Konopczyny
Urządzenia domowe
Stan techniczny domu był bardzo prymitywny. Nie było elektryczności, ani – na początku – kanalizacji i wody bieżącej. Świeciło się lampami naftowymi i korytarz był cały wieczór oświetlony takimi lampami. Rano zabierano wszystkie lampy, czyszczono je, napełniano naftą i przynoszono wieczorem już zapalone do pokoi. W pokojach mieszkalnych były umywalki z miednicą, wiadrem na brudną wodę i dzbankami na zimną i ciepłą wodę. Wieczorem służba przynosiła ciepłą wodę, nakrywając dzbanek ręcznikiem, by nie wystygła, a rano wylewała wiadro z brudną wodą. Umywalka była zastawiona parawanem. Ubikacja, zanim zainstalowano kanalizację, była też prymitywna, w spodzie był rodzaj wiadra, które o świcie wynoszono. W tym czasie woda była chyba przywożona beczkowozem z jakiejś studni.
Wtedy też kuchnia (nazywana potem starą kuchnią) znajdowała się za dwoma fosami okalającymi dom. Ażeby posiłki nie stygły, była skrzynia z drzwiczkami z obu stron, zawieszona na linie, która jeździła z kuchni do kredensu w domu. Napęd był przy pomocy korby, a dzwonki też były pewnie na korbki, jak w ówczesnych telefonach. Potem to urządzenie się popsuło i dziewczyny biegały z obiadem przez mostki na fosach. Już dobrze za mojej pamięci zbudowano nową kuchnię w obrębie domu. W pobliżu zrobiono dół chłonny na ścieki. W czasie kopania dołu z wykopanej ziemi z pasją wybieraliśmy różne skorupy ze starego zamku1. Za domem przy łazience wywiercono studnię, z której pompowano ręczną pompą wodę do zbiornika na strychu. Woda bieżąca była w łazience na dole, na korytarzu na górze na pierwszym piętrze, w kredensie i pewno w kuchni (budynek obok). Woda ciepła była ze zbiornika wbudowanego w piec kuchenny w kredensie. Był też piec na ciepłą wodę w łazience. Ogrzewanie domu było drzewem, w pokojach na dole piecami kaflowymi, a na górze okrągłymi piecami z kamyków otynkowanych. Te ostatnie uważane były za najbardziej sprawne. Lodówki – były to szafki [złożone] z dwóch części, pomiędzy którymi był blaszany zbiornik, do którego co dzień wkładano świeży lód. Lód brało się z lodowni. Lodownia – był to pokoik drewniany z przedpokojem, a całość zasypana blokami lodowymi zwożonymi w zimie, rąbanymi na zamarzniętych stawach. Cała ta góra lodowa była grubo obłożona słomą, a po wierzchu zasypana ziemią. Lodownia znajdowała się za starą kuchnią w dobrym cieniu starych drzew. Lód trwał do następnej zimy.
Żywność była głównie własnej produkcji. Mięso to był drób, świnie, barany, cielęta i pewnie częściowo krowy. Były również ryby z własnych stawów i z dzierżawionych wielokilometrowych odcinków Świcy, na której organizowano połowy. (Jak raz się napraszałam, żeby mnie też na taki połów zabrano, odpowiedź była, że nie, bo tam pracują goli ludzie).
Przechowywanie żywności było ułatwione posiadaniem lodowni. Nabiał też był własny. Jarzyny i owoce były z ogrodu, a zboże i kartofle były uprawiane w polu. Całość gospodarstwa funkcjonowała na zasadzie sporej ilości służby. Była gospodyni, która gotowała z pomocą kilku dziewcząt, były dziewczyny, które sprzątały w domu, paliły w piecach, nakrywały i podawały do stołu, pomywały, itd. W pewnym okresie był też służący. Był również człowiek, który rąbał i przynosił drzewo i w późniejszych czasach pompował wodę. Była również szwaczka, która zajmowała się szyciem, bo gotowych rzeczy nie było w handlu i były drogie. Musiała być praczka i ktoś do prasowania. Prasowało się żelazkiem z górą otwieraną, gdzie wsypywano żarzące się węgielki drzewne, które często trzeba było dorzucać.
Jedzenie było gotowane na pierwszy i drugi stół. Mama uzgadniała z gospodynią menu. Pierwszy stół to my. Obiad składał się z zupy, drugiego dania i deseru. Drugi stół, to służba, i tyle pamiętam, że biedni nie dostawali deseru, jak my.
Sokołów [położony] był 20 km od Stryja miasta powiatowego, do którego dochodziła kolej, a ze Stryja było jeszcze 80 km do Lwowa. W stajni stały dwie pary koni wyjazdowych, powóz był z budą podnoszoną w razie deszczu, z siedzeniem na dwa miejsca i ławeczką naprzeciwko. Sanie wyglądały podobnie, tyle że bez budy. Kareta była używana w dawniejszych czasach. Na nocną jazdę zapalano lampy naftowe w latarniach znajdujących się po obu stronach kozła, na którym siedział furman. Taki przejazd do Stryja trwał dwie godziny. Samochód był to Ford na szprychowych kołach, z podnoszoną budą brezentową i dostawianymi boczkami z celulozowymi szybkami. Fordów musiało być kilka, bo pamiętam ewenement nowego Forda. Natomiast ostatnimi czasy został kupiony okazyjnie ogromny Chraysler, w którym między przednimi, a tylnymi siedzeniami, były rozkładane straponteny2. Do tego kupiono nowego małego Renault, zielonego, którego nazywało się „zielona żabka”. Ten był głównie w użyciu na tatusiowe wyjazdy. Mimo, że tatuś zawsze sam prowadził, nigdy nie jeździł bez szofera. Szosy były szutrowane i tumany kurzu wznosiły się po każdym przejeździe samochodu. W tamtych stronach samochód był rzadkością i często tłumy dzieci wybiegały, żeby ten ewenement zobaczyć.
Jazda zimą końmi, czy nieogrzewanym samochodem, wymagała ubrań specjalnych. Rodzice mieli swoje „dachy”. Były to futra na wierzchu i futro od spodu, które nakładało się na własne płaszcze. Dla innych były „bundy”, które też były długie, ale z materiału wełnianego i z kapturem. Nogi nakrywano baranicą. Było to czarne futro baranie o długim włosie, pokryte materiałem wełnianym. Latem do powozu zawsze nakrywano nogi prochowcem, rodzajem pledu.
Tak przebiegały nasze dni
Od początku mieliśmy jakieś nianie, potem guwernantki i nauczycielki. Ja z najdawniejszych czasów pamiętam Hanię, która potem zajmowała się młodszymi dziećmi. Jak byliśmy już trochę starsi, to przyjechała młoda Szwajcarka Ida Bauman, która miała nas uczyć francuskiego. Została przez nas nazwana Szutką – inaczej się już o niej nie mówiło – a to stąd, że do nas się zwracała „chou cheri”. Ogromnie ją kochaliśmy. Następnie była mademoiselle Vauche, już w nieco starszym wieku, nazywana Mamazi. Ona przedtem była u Badenich i często nam powtarzała, o ile grzeczniejsze były tamte dzieci. W międzyczasie były jeszcze inne osoby, biorąc pod uwagę ilość wszystkich dzieci. Następnie przyszła epoka niemieckiego. Przyjechały równocześnie dwie Ślązaczki: ,Freulain Lizel i Freulain Hilde. Pierwsza uczyła nas gry na fortepianie i każdą groźbę zawsze wykonywała. W tym też czasie mieliśmy nauczycielkę w średnim wieku, pannę Bazdgen, która z nami miała normalne lekcje. W następnym roku pojechałyśmy z Anną do pensjonatu. Za moich czasów szkolnych wstawało się o określonej godzinie i szło się na śniadanie, zostawiając po sobie pościelone łóżko. Starsi przychodzili o dowolnych porach, nikt na nikogo nie czekał. Myśmy pili kawę zbożową z mlekiem i jedli chleb z masłem, a może bywała też owsianka na mleku. Starsi dostawali dwa kamionkowe dzbanuszki, jeden z kawą, a drugi z gorącą śmietanką.
O godzinie ósmej rozpoczynały się lekcje. O dziesiątej była przerwa na drugie śniadanie (najlepsze, kiedy były odgrzewane resztki obiadowe z poprzedniego dnia). Lekcje trwały do obiadu, który prawdopodobnie był o pierwszej. Po umyciu rąk czekało się w salonie. Jak już wszyscy się zeszli, otwierano drzwi do jadalnego pokoju i zasiadało się do stołu. Wszyscy żegnali się znakiem krzyża przed obiadem i po obiedzie. Rodzice siedzieli naprzeciwko siebie, a najmłodsze [dzieci] z guwernantką znajdowały się na końcu stołu. Każdy miał obok serwetki kawałek chleba. Chleb który nie został zjedzony, był przez nas noszony albo koniom, albo (najczęściej) karpiom w pierwszej fosie, które jak się tupnęło na moście, zbiegały się, aż się woda kłębiła.
Do stołu zasiadało sporo osób. Oprócz rodziców i dzieci (póki dzieci były małe, to jadały na górze), były nasze guwernantki, ciocia Paulinka (w 1939 roku miała 94 lata)3, babcia4, zanim krótko przed wojną przeniosła się do Słomowa do cioci Marysi Turno. Jak bywały praktykantki, to też jadły z nami. W pewnych okresach przebywała również ciocia Róża.
Przy stole było nie do pomyślenia, żeby ktoś wstawał. Półmiski obnosiła służba. Woda była już nalana do szklanek, a karafka z wodą [stała] na stole.
Przy stole pilnowano, żeby rozmowa była w języku, który był w nauce. Ostatnio była epoka niemieckiego, a francuskiego uprzednio. Tatuś bardzo pilnował porządnego trzymania się przy stole. Kiedy ktoś się źle trzymał, to Tatuś bez słowa naśladował to samo z odpowiednią przesadą. Wywoływało to ogólny śmiech i można było sobie uświadomić, jak to wygląda.
Przy stole tatuś z nami dużo rozmawiał na temat tego, cośmy w ciągu dnia widzieli, zwłaszcza z dziedziny przyrodniczej. Wyrobiło mi to lepszy zmysł obserwacyjny.
Po obiedzie przynoszono kawę na tacy do salonu. Moją rolą było nalać każdemu do filiżanki. Dzieci czasem dostawały „kanarka” (kostkę cukru zamoczoną w kawie), ale potem szły na górę. Często brałam udział w rozmowach, które dla mnie – zwłaszcza z tatusiem – były bardzo pouczające. Tematyka brała się z prasy ilustrowanej. Były to: L’Ilustrasion Francaise, miesięcznik ilustrowany przyrodniczy, jak również pismo ilustrowane, historyczne dotyczące pierwszej wojny światowej. Dzienniki też jakieś były, bo na koniec służyły pocięte, jako papier toaletowy. Te rozmowy z tatusiem wspominam jako bardzo ciekawe.
W domu mieliśmy radio, bardzo prymitywne, kryształkowe ze słuchawkami, gdzie w programach były tylko wiadomości. Telefon był z małym akumulatorem, a żeby gdzieś dzwonić, trzeba było kręcić małą korbką. Telefon nie na wiele służył, bo nie bardzo było do kogo telefonować (nasz lekarz dr Karowiec w Stryju miał telefon). Po obiedzie lekcji już nie było.
W zimnych porach roku trzeba było chodzić na spacery. Spacery były na piechotę, a rzadko linijką albo inną bryczką. W zimie jeździliśmy na sankach, rzadziej na nartach, i na łyżwach. Ślizgawka znajdowała się na stawie przed domem. Odmiatano ją ze śniegu, polewano wieczorem [wodą wydobywaną] ręczną pompą z dziury w lodzie. Dobre górki do zjeżdżania były dopiero przed Dzieduszycami Małymi, co było dość daleko i zjeżdżanie było szosą, więc trzeba było uważać.
Przy temperaturze –30 stopni już było za zimno na wszelkie spacery. Zadania odrabiało się po podwieczorku. Ja miałam jeszcze lekcje gry na fortepianie (może Anna i Kazio również), w związku z czym miałam jeszcze pół godziny ćwiczenia na fortepianie. Kolacja, która bywała dość wcześnie, składała się z ciepłego dania, na przykład kasza gryczana z mlekiem lub kartofle z kwaśnym mlekiem itp. Małe dzieci chodziły wcześniej spać i jak już były gotowe, to często szło się z mamą do nich na wspólny pacierz z zapalonymi świeczkami przed szklaną figurką Matki Boskiej.
Po kolacji bardzo często grało się w różne gry w salonie ze starszymi. W zimowych porach w niedzielne wieczory tatuś nam głośno czytał. Była na przykład czytana Trylogia [Henryk Sienkiewicz]. Z niecierpliwością czekaliśmy cały tydzień na ciąg dalszy (w tamtych czasach opuszczano nam sceny drastyczne). Inaczej spędzaliśmy wolny czas latem, czy w czasie wakacji. Było na to wiele możliwości.
Za dawniejszych czasów, bawiliśmy się w ogrodzie, gdzie na przykład jedna nachylona czeremcha stanowiła Drzewo Rady. Zasiadanie było zgodne z hierarchią, wynikającej z wieku. Obrady dotyczyły między innymi problemów terytorialnych, gdyż ogród podlegał podziałom na „zamki” którymi były grupy krzaków. Urządzaliśmy w nich „dinetki” (przyjęcia) itp.
Inną atrakcją były wyprawy do kąpieli nad rzekę, zawsze ze starszymi, przeważnie z podwieczorkiem. Rzadziej zdarzały się wyjazdy do lasu z obiadem. Mieliśmy też dwa rowery, ale one mniej służyły. Mogliśmy łowić ryby, ale nie w stawach, tylko w rzece. Łowienie ryb bardziej się nam udawało w Niesłuchowie w stawie w ogrodzie. Kłopot był tylko z kucharzem, który kręcił nosem na robienie tych rybek. Zaprawialiśmy się od wczesnych czasów do konnej jazdy. Zaczynaliśmy od osłów. Miłe te zwierzęta z nami na grzbiecie robiły, co chciały, więc często pomoc dorosłych była niezbędna. Potem była Kucka, która przede wszystkim służyła do jeżdżenia linijką, ale ja na niej zaczynałam jeździć na czapraku. Miała to do siebie, że czasem ponosiła i była nie do zatrzymania.
Następnie były kupione dwa chłopskie nieduże koniki. Były takie bez charakteru, a jeden nawet z negatywnym. Ten właśnie na spacerze kopnął Kazia[brat] w głowę. Byliśmy wtedy z mamą. Wielkie było przerażenie, bo krew się polała, ale skończyło się na bliźnie na głowie. Chętnych do konnej jazdy nie było, oprócz mnie. Jeździłam wtedy na którymś z koni wyjazdowych. Były to już duże konie i wolno mi było już wtedy używać siodła. Na wakacje 1939 roku zostały kupione prawdziwe konie wierzchowe. Jednym z nich był arab z Pełkiń. Był to wspaniały, nieduży koń, na którym jeździłam, ale stale cierpiałam na brak towarzystwa. Wolno mi już było wtedy jeździć samej, ale tylko w obrębie majątku, którego granic i tak nie znałam. Dostaliśmy również na początek wiatrówkę do strzelania. Strzelanie do celu nie było interesujące. Potem przyszły floberty [małokalibrowa broń palna]. Kazio lubił strzelać do wróbli, a ja zasadzałam się na szczury w stajni, ale chyba bezskutecznie. W sumie najlepiej mi szło strzelanie do żab stawowych, które na stawach były uważane za szkodniki, bo zjadały małe rybki. Cała sztuka polegała na strzelaniu w nasadę głowy żabom w wodzie tak, żeby zabite nie zdążyły zanurkować. Chodziło o to, żeby je pozbierać, bo jedliśmy ich udka. Smażenie robiliśmy sami, bo personel nie wytrzymywał widoku ruszających się udek na patelni. Wiosną chodziłam często z tatusiem na ciągi słonek, a z końcem lata na ciągi kaczek. Bywały też polowania na kaczki na stawach z nagonką, w których my starsi asystowaliśmy. Pamiętam też jedną wyprawę z tatusiem na nartach na kaczki, które przebywały na tak zwanych oparzeliskach na strumyku koło Dzieduszyc Małych. Oparzeliska, to były miejsca, gdzie woda nigdy nie zamarzała. Latem niedziele często były dla mnie najnudniejszym dniem tygodnia, bo wielu rzeczy nie można było robić. Pamiętam pewną Wielką Sobotę po południu, kiedy zachciała mi się koniecznie jazda konna, na którą tatuś nie chciał się zgodzić, ponieważ ludzie mieli już święto. Nie pomogły żadne moje zapewnienia, że sama wszystko zrobię przy koniu.
W niedzielę była tylko suma o godzinie jedenastej, która trwała pewnie z półtorej godziny. Do kościoła szło się jakieś dziesięć minut przez miasteczko. Zawsze jechał samochód z ciocią Paulinką i wszyscy chcieliśmy korzystać z wolnego miejsca. W kościele były nasze ławki po obu stronach prezbiterium, do których wchodziło się przez zakrystię.
O wiele bardziej wolałam siedzieć „na” kościele w naszej ławce dla personelu, bo okropnie nie lubiłam uczucia że wszyscy się na nas „gapią”. Pamiętam też, że jak nie było mszy w naszym kościele, to bywaliśmy na mszy w ruskiej cerkwi (grecko-katolickiej) w Łanach Sokołowskich.
Latem często polecano mi robienie bukietów nie tylko w domu, ale też w kościele. Kwiatów zawsze było szalenie dużo, a do kościoła musiałam je nosić sama. Kwiaty do zimowych bukietów w kościele robione były przez ciocię Paulinkę i babcię. Bardzo ładnie im to wychodziło.
Funkcjonowanie majątku
Kiedyś pytałam tatusia, skąd rodzicom biorą się pieniądze, bo widywałam tylko wydawane, a nigdy otrzymywane. Odpowiedź nie była dla mnie całkiem jasna, bo tatuś opowiadał o produkowaniu, a nie o inkasowaniu.
Sokołów po pierwszej wojnie [światowej] znalazł się bez inwentarza, bez sprzętu rolniczego i z poniszczonymi zabudowaniami gospodarczymi. Ziemia nie była urodzajna, tak że uprawy zbożowe ledwie pokrywały koszty produkcji. Tatuś wtedy musiał sprzedać Łany Sokołowskie, żeby móc ruszyć gospodarkę. Pozostały dwa folwarki: Sokołów i Dzieduszyce Małe. Zostały wtedy zbudowane stawy rybne (dużo Żydów w okolicy potrzebowało karpi na szabas). Drugą inwestycją było założenie szkółek ogrodniczych, gdzie produkowane były głównie róże, ale też byliny i inne rośliny ozdobne. Podobno w którymś okresie była to największa hodowla róż w Polsce. Latem szkółki musiały stanowić pewną atrakcję, bo często przyjeżdżali ludzie specjalnie na zwiedzanie kwitnących różnych odmian poszczególnych roślin w szkółkach, jak i w parku, gdzie był cały zestaw drzew, okazów botanicznych, sadzonych jeszcze przez wuja Matkowskiego, poprzedniego właściciela Sokołowa. Pan Bredichin był tym, który ich oprowadzał. W parku atrakcją była też gnieżdżąca się kolonia czapli, którym bliskość ludzi nie przeszkadzała.
Sprzedawało się kwiaty cięte róż, w sezonie również truskawki, pięknie układane w drewnianych skrzyneczkach. Te artykuły były wysyłane częściowo do Morszyna, miejscowości kuracyjnej odległej o 15 km specjalnym gońcem na rowerze.
Po drugiej stronie ogrodu znajdował się młyn wodny, który był wydzierżawiony. Była też cegielnia w Dzieduszycach Małych, kawałek za folwarkiem. Surowe cegły suszyły się na słońcu, a wypalane były przy pomocy drewna.
W oborze było dość dużo krów, bo nawóz był konieczny do upraw. Mleka nie było gdzie odstawiać, więc robiło się masło na sprzedaż, a chude mleko było dla świń. Do pracy w polu były konie i trochę wołów. Młócenie zboża wykonywane było młockarnią napędzaną lokomobilą parową. Majątek zatrudniał kowala, stolarza i pewnie rymarza. Plewienie, okopywanie itd. robiły „dziewczęta” zatrudnione na dniówkę, które pracując ślicznie śpiewały chórem po rusku. Wysokość takich dniówek była bardzo niska, chyba jak wartość tabliczki czekolady. Stałymi pracownikami byli furmani, fornale, karbowy, oborowy, stróże nocni itp. Ci, co byli na stałe zatrudnieni, mieli przeważnie mieszkania służbowe i „ordynarię”, która składała się z różnych produktów w naturze. Stałymi pracownikami, mającymi do użytku dom z zabudowaniami byli też: stawowy Zawadzki, gajowy i ogrodnik pan Nowaczyk, odpowiedzialny za szkółki. Ogrodnikiem od ogrodu warzywnego i parku był Antoni Kowalewicz, brat Julii, która pracowała u nas i wyjechała z nami na początku wojny do Zarzecza. Gospodarstwem rolnym zarządzał pan Zawisza, który mieszkał w domku koło młyna. Szefem kancelarii i spełniającym nadzór nad całym majątkiem był pan Bredichin. Był to Rosjanin, który się uratował jakimś cudem z rewolucji bolszewickiej (jego rodzice zginęli) i jako młody człowiek był szoferem u znajomych w Daszawie, skąd został przyjęty do Sokołowa również na szofera. Opowiadano nam, że u jego ojca pola były tak duże, że jak woły orały, to jedną skibą szły do południa, a drugą wracały na wieczór. Pan Bredichin najwyraźniej szybko awansował, bo zawsze go pamiętam jako rezydującego w kancelarii. Ożenił się później z kierowniczką szkoły, panną Rajterówną, do której chodziłam na moje pierwsze lekcje. Po wojnie był dyrektorem kluczy PGR-ów, które świetnie prowadził i zawsze powtarzał, że całą swoją wiedzę i doświadczenie zawdzięcza tatusiowi.
Trzeba jeszcze dodać, że oprócz Sokołowa miał jeszcze tatuś Niesłuchów, na którym dożywocie miała ciocia Róża. Administrował Niesłuchowem Jurek Małecki, mąż naszej kuzynki Klimy Borowskiej. Tam były dwa folwarki: Niesłuchów i Żelechów, z którego pochodził nasz oddany szofer Michał Matwiew. W Niesłuchowie tatuś też założył szkółki, ale chyba nie było tam róż.
Dwór w tamtych czasach
Miał ogromne znaczenie, zwłaszcza w tamtych czasach na wsi. Ludzie ze wsi, witając się z tatusiem, podchodzili i całowali go w rękę, przed czym tatuś zawsze się wzbraniał, mówiąc, że nie jest biskupem. Było oczywiste, że jak ktoś się spalił (tak określano pożar), to tatuś dawał drzewo z lasu na odbudowę. Również wszelkie roboty przy kościele i na plebani były na koszt dworu. Kiedyś złapano chłopa, który kradł drzewo w lesie. Na pytanie, dlaczego to robi, odpowiedział, że przecież to tu jest jego pan i nie chodziłby do innego…
Majątek dysponował wozem strażackim, konnym z wężami i pompą ręczną na dwóch ludzi, stojących naprzeciwko siebie. Do wszystkich okolicznych pożarów nasi ludzie spieszyli do gaszenia. Nigdy mnie tam nie wzięto, choć tatuś zawsze jechał, by kierować akcją.
Było zwyczajem oczywistym, że mijani ludzie nas pozdrawiają (pozdrowienia były po rusku: – Niech będzie pochwalony…., z inną wersją w okresie wielkanocnym). Raz pojechaliśmy bryczką za Dzieduszyce Małe, gdzie przechodnie nas nie pozdrawiali. Opowiadałam przy obiedzie, że dojechaliśmy tak daleko, że ludzie nas tam nie znali.
Prestiż dworu – oraz moich rodziców – odczuwało się też w mieście. Dla mnie było oczywiste, że nie czeka się ani w żadnej poczekalni, ani przy podobnych okazjach, bo wszystkie drzwi się otwierały. Tatuś bardzo często przebywał poza domem na różnych posiedzeniach. Była ich wielka rozmaitość. Te wyjazdy były zawsze samochodem, a tatuś był szczęśliwy, jak mógł zostać w domu. We Lwowie naszym miejscem zatrzymania była Kurkowa5. Przeważnie mieszkaliśmy w apartamencie cioci Róży na parterze koło biblioteki, prawie zawsze pustym, bo ciocia przebywała w Niesłuchowie.
Stosunki towarzyskie
Za moich najmłodszych czasów mieszkały u nas praktykantki (chodziło o szkółki ogrodnicze), wśród których była i ciocia Marysia, siostra mamy6. Bywałam widzem bardzo wesołych czasów. Przyjeżdżali wujowie Komierowscy, czasem wujowie Czartoryscy i inni stanowiący ówczesną młodzież. Bywały niesamowite oblewane poniedziałki, jakieś szalenie wesołe bridże, również partie krokieta za domem, do których bywałam czasem zaproszona. Nasze sąsiedztwa, z którymi spotykaliśmy się, to był Siechów o 4 km, Heydlów naszych dalszych krewnych, którzy mieli trójkę dzieci, najmłodsze w moim wieku. Mieszkali we Lwowie i tylko na wakacje przyjeżdżali do Siechowa, gdzie mieszkali w malutkim domku parterowym, bo ich dwór spalony został w czasie wojny i stał w parku nieodbudowany. W niedzielę przyjeżdżali do naszego kościoła, bo cała okolica miała tylko cerkwie ruskie. Te wymiany wizyt nie były bardzo częste.
Następnym sąsiadem było Żurawno (20 km) wuja Kazia Czartoryskiego, którego żona ciocia Lena była jeszcze za panieńskich czasów zaprzyjaźniona z mamą. Moją rówieśnicą była trzecia z rzędu Teresa. Te wizyty też nie były bardzo częste.
Stryjeczne nasze rodzeństwo, dzieci stryja Włodka, spotykaliśmy od czasu do czasu, natomiast nasze cioteczne rodzeństwo, dzieci cioci Aci Ponińskiej mieszkały w poznańskim i jeśli się tam jechało, to na nieco dłuższy pobyt. Poza tym bywały różne wizyty sporadycznych gości. W zasadzie jeden pokój gościnny nie umożliwiał wielu zaproszeń. Urządzane były latem polowania na kaczki, wtedy trochę ludzi przyjeżdżało, też z naszej generacji.
Ostatnie dwa lata przed wojną
W 1937 roku wysłano mnie i Annę do pensjonatu do Zbylitowskiej Góry koło Tarnowa. Ta decyzja wynikała pewnie z faktu, że ciocia Acia już wcześniej umieściła tam swoje trzy najstarsze córki. Było to dla nas pociechą, że nie znajdziemy się wśród samych obcych. Rygor tam był dla mnie ciężki do zniesienia i uważałam, że jest absurdalny. Do domu wracałyśmy na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Na Wszystkich Świętych w 1938 roku przyjechali po nas rodzice samochodem i najpierw pojechaliśmy do Przecławia do wujostwa Rejów. Było tam dużo młodzieży, starszej trochę od nas. W dzień były polowania, a wieczorem tańce, w których ze względu na nasz wiek nie brałyśmy udziału, lecz mogłyśmy się przyglądać. Stamtąd pojechaliśmy do Zarzecza, gdzie dalej przebiegał ten sam program. Tam skończyły się nasze wakacje i wróciłyśmy do pensjonatu, a tamci pojechali do Pełkiń dalej się bawić.
Tejże jesieni tatuś, będąc we Lwowie, pośliznął się i złamał nogę w biodrze. Na ówczesne czasy była to bardzo skomplikowana operacja z wstawieniem złotego gwoździa, który miał być wyciągnięty w terminie, który nie mógł już być respektowany z powodu wojny. Tatuś leżał w klinice, a święta nadchodziły i mama przeniosła się z całym domem do Lwowa. W Sokołowie została tylko ciocia Paulinka. Jak przyjechałyśmy na święta, to wszyscy zostaliśmy zainstalowani na Kurkowej na drugim piętrze.
Wkrótce po powrocie do pensjonatu ze świąt Anna coś nabroiła (takie miała koleżanki) i została odesłana do domu. Mnie jednak obiecano, że na następny rok rodzice przeniosą mnie do Lwowa jako eksternistkę. Na Wielkanoc już wszyscy byli w Sokołowie. Tatuś z trudem chodził i nawet do szkółek jeździł samochodem.
W tym czasie została sprzedana duża partia dębów i rodzice chcieli te pieniądze ulokować w jakąś posiadłość w centralnej Polsce. Liczyło się, że na wypadek wojny, tam byłoby bezpieczniej. Teraz z powodu zdrowia tatusia mama jeździła oglądać różne oferty, które ciągle nie były odpowiednie.
Tak zeszło do wakacji, w ciągu których wypadło złote wesele wujostwa Witoldów Czartoryskich w Pełkiniach7. Przedtem było kupowanie z mamą we Lwowie sukien dla mnie i dla Anny, co było wielkim ewenementem. Uroczystości w Pełkiniach były wspaniałe, kilkudniowe i w ogromnym gronie rodzinnym. Potem była obchodzona, jak co roku, rocznica ślubu stryjostwa Włodków w Zarzeczu. Ja z Anną zostałyśmy tam jeszcze tydzień. 30 sierpnia odwiózł nas Tadunio 8 samochodem do Lwowa, gdzie nas wsadził do pociągu do Stryja, a stamtąd już samochodem do Sokołowa. Następnego dnia rano była przepiękna pogoda i miłe uczucie powrotu do domu. Dzień zaczęłam od kąpieli w stawie (kąpiel była w drugiej fosie od strony ogrodu).
Około południa tatuś zawołał mnie i Kazia i oznajmił, że po obiedzie wszyscy wyjeżdżamy do Zarzecza w wyniku informacji od komendanta policji, że nazajutrz ma być ogólna mobilizacja. Licząc, że mogłyby być zarekwirowane nasze samochody i moglibyśmy zostać bez środków do komunikacji, a tatuś nie chce, żebyśmy w razie wojny zostawali na terenach ruskich. Tak postawiony problem ruski był dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Jak już samochody zostały załadowane za domem i już wszyscy mieli wsiadać, poszłam zrobić ostatnie fotografie domu i tych samochodów ze świadomością „niewiadomego” przed nami. Czekałam na wywołanie filmu, ale film się nie udał.
Napisane przez Helenę z Dzieduszyckich Konopczynę, najstarszą córkę Stanisława i Anny, ostatnich właścicieli Sokołowa.
Montresor we Francji w marcu 2000 r.
W niedzielę 18 lutego do Paryża zjechała najbliższa rodzina, aby wspólnie celebrować te wyjątkowe urodziny. Poniżej załączamy kilka zdjęć.
- Helena Konopka i Anna Plater
- Helena Konopka i Ingrid Plater
- Helena Dzieduszycka z Ferdynandem i Chmarą Degenfeld
- Chór
- balony
- Helena Konopka
- Dom był posadowiony na miejscu zamku. ↵
- składane krzesełka. ↵
- Paulina Komierowska, ur 1849, siostra Heleny z Gniewoszów Komierowskiej. ↵
- Helena z Gniewoszów Komierowska. ↵
- Ulica Kurkowa 15 we Lwowie, gdzie mieścił się pałac Dzieduszyckich. ↵
- Maria z Komierowskich Turno. ↵
- Witold i Jadwiga z Dzieduszyckich, najmłodsza córka Włodzimierza. ↵
- Tadeusz Dzieduszycki, najstarszy syn Włodzimierza i Wandy z Sapiehów. ↵