Skip to main content

Popatrzmy na Jego pochyloną, cierniem ukoronowaną głowę, spójrzmy na Jego cieniem śmierci zachodzące oczy. One patrzą w serca nasze. Szukają w nich iskierki współczucia. One tak bardzo pragną znaleźć w nich oddźwięk miłości, która płynie w Jego Sercu – to fragment z Kazań pasyjnych o. Pawła Dzieduszyckiego SJ, które  zostały wygłoszone najprawdopodobniej podczas kolejnych niedzieli wielkopostnych 1947 roku (od 8 lutego do 6 kwietnia) i wydane w 1948 roku w Krakowie1. Publikujemy je poniżej wraz z informacją o ich autorze. 

O. Paweł Dzieduszycki SJ (1881-1951)

Paweł był (1881-1951) najstarszym synem Anny (1859-1917) i Tadeusza (1841-1918) Dzieduszyckich2.

O. Paweł Dzieduszycki z matką Anną. Fot. z archiwum rodzinnego

Studiował prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. W przyszłe obowiązki ordynata wprowadzano go stopniowo już od momentu osiągnięcia pełnoletności, ale  samodzielnie sprawami ordynacji zajął się podczas pierwszej wojny światowej. W 1908 roku ojciec przekazał mu zarząd Muzeum Przyrodniczego we Lwowie, a po obronie doktoratu w 1910 roku resztę obowiązków ordynackich. Po śmierci ojca w 1918 roku został formalnie ordynatem, ale wobec  decyzji wstąpienia  do nowicjatu (w grudniu 1918 r.), ordynacja przeszła na jego młodszego brata Włodzimierza. Śluby zakonne złożył w 1920 roku, a święcenia kapłańskie przyjął w 1925 roku z rąk arcybiskupa Adama Stefana Sapiehy. Był prefektem kleryków w Kolegium Jezuickim w Krakowie, wykładał w zakonnym Instytucie Filozoficznym, administrował Konwiktem i Zakładem Wychowawczym w Chyrowie, gdzie założył ogród botaniczny. Wykładał w Kolegium Jezuickim w Krakowie, był rektorem Kolegium św. Józefa we Lwowie. Jako wiceprowincjał zakładów jezuickich w Małopolsce Wschodniej kierował w 1945 roku ich ewakuacją na tereny centralnej Polski.

O. Paweł Dzieduszycki. Fot. z archiwum rodzinnego

 


KAZANIA PASYJNE

I. Z jakim usposobieniem rozważać mękę Pańską?

1. Jak co roku w okresie W. Postu, tak i w tym roku przystępujemy do rozważania Męki Pańskiej, tej niepojętej ofiary miłości. Wszak zawdzięczamy jej wszystkie łaski, jakie od Boga otrzymujemy, a przede wszystkim tę największą, że po tym ziemskim życiu, tak pełnym cierpień i trosk wszelakich, możemy się spodziewać życia nieskończenie wyższego i doskonalszego, w niezmąconym niczym szczęściu i radości na wieki. Bo wszakże cała nasza nadzieja zbawienia ugruntowana jest w tej ofierze Syna Bożego, poniesionej za nas na krzyżu. A poniósł ją P. Jezus bez żadnej korzyści własnej, bez żadnej konieczności, a więc tylko z miłości dla nas, ze współczucia dla strasznej nędzy i cierpień, na jakie grzech nas skazał.

Jakże więc słuszną rzeczą jest, żebyśmy Zbawicielowi naszemu okazali wdzięczność naszą przez rozpamiętywanie jego cierpień za nas poniesionych i żebyśmy przez to rozpamiętywanie pobudzili się do współczucia dla niego i gorętszej miłości, a przede wszystkim do unikania tego wszystkiego, co te cierpienia Jego sprowadziło, tj. każdego grzechu. Dlatego też, Najmilsi, starajmy się przystąpić do tych rozważań o Męce Pańskiej w tym duchu pobudzenia się do współczucia z cierpiącym za nas Zbawicielem i szczerego żalu za grzechy z równoczesnym postanowieniem poprawy.

2. Ta męka P. Jezusa, którą mamy rozważać jest zdarzeniem zupełnie jedynym w historii świata, z którego wyraźnie widać boskość Zbawiciela. Bo gdyby ktoś chciał oceniać tę Mękę wyłącznie po ludzku, spotkałby się z zupełnie niewytłumaczalnymi sprzecznościami.

Pod takim czysto ludzkim kątem widzenia — Męka P. Jezusa była wypadkiem bardzo mało znaczącym. W olbrzymim państwie rzymskim, które obejmowało prawie cały ówczesny świat cywilizowany, ogromną część Europy, całą północną Afrykę i zachodnią Azję, jakże małą rolę odgrywał mały kraik żydowski. Czymże była stolica tego kraju, Jerozolima, w porównaniu do milionowego miasta Rzymu, gdzie koncentrowały się interesy całego państwa, dokąd spływały bogactwa całego świata, gdzie na tronie zasiadał – nieograniczony władca życia i śmierci milionów ludzi, zamieszkujących nieprzejrzane obszary — cezar, imperator rzymski.

A następnie to – że w tej tak mało znaczącej w świecie ówczesnym Jerozolimie namiestnik wszechpotężnego imperatora, chcąc uniknąć kłopotów, skarg i nieprzyjemności, jakie by go mogły spotkać ze strony najwyższej Rady, skazuje na śmierć — niesprawiedliwie i wbrew własnemu przekonaniu, ale na żądanie właśnie tej Najwyższej Rady — jednego człowieka… A człowiek ten nie miał żadnego wybitnego stanowiska. Uchodził za syna cieśli z małego i pogardzanego galilejskiego miasteczka Nazaretu. Od trzech lat przyjął rolę wędrownego nauczyciela, ale zdołał zgromadzić koło siebie zaledwie niewielu uczniów i to przeważnie z najniższych, niewykształconych warstw narodu.

Jakże więc, po ludzku biorąc rzeczy, mało znaczącym był ten „człowiek w ówczesnym świecie, i jak małe znaczenie powinna by mieć Jego niesprawiedliwa śmierć na krzyżu. Ileż innych niesprawiedliwych wyroków w ciągu długich lat historii się zdarzyło, i to wykonanych na ludziach o wielkim stanowisku i znaczeniu, a jednak zapomniano o nich, i ledwie tu i ówdzie jakiś ślad po nich pozostał.

Jakże całkiem inaczej ma się rzecz ze śmiercią P. Jezusa. Choć tak mało znany za życia, staje się po śmierci przedmiotem czci i uwielbienia niezliczonych milionów ludzi wszelkich stanów, ras i narodów. Śmierć Jego nie tylko nie idzie w zapomnienie, ale przeciwnie, z biegiem czasu coraz to liczniejsze rzesze uwielbiają i dziękują Mu za nią, jako za źródło nadziei i środek zbawienia. Krzyż, który był przedtem tylko znakiem hańby i cierpienia, stał się dlatego, że On na nim umierał, przedmiotem czci najwyższej i symbolem całego chrześcijaństwa. I choć cała niezmierna potęga Rzymu rozleciała się w gruzy, Krzyż wznosi się nad światem i zdobywa coraz to nowe dziedziny dla Zbawiciela tak, że dziś po dwóch tysiącach lat po krzyżowej śmierci Chrystusa już nie ma kraju na świecie, w którym nie byłoby czcicieli tego znaku Jego śmierci.

Więc czy da się to wszystko czysto po ludzku wytłumaczyć? Czy można znaleźć czysto ludzkie racje dla wytłumaczenia, że śmierć i to haniebna mało znaczącego człowieka przez dwa tysiące lat staje się przedmiotem czci i uwielbienia coraz to większej ilości ludzi i że ta część wytrzymuje najostrzejsze ataki nienawistnej a często bardzo subtelnej krytyki? Z pewnością czysto ludzkimi racjami nie da się tego wytłumaczyć. Jedna tylko racja może to dziwne zjawisko wyjaśnić bez reszty, to znaczy, że Ten, który na krzyżu umierał, był nie tylko człowiekiem, ale także Bogiem, co się na krzyżu ofiarował dla naszego zbawienia.

3. Toteż, przystępując do rozważań Męki Pańskiej, musimy mieć stale przed oczyma i w pamięci tę prawdę, że ten, którego oglądamy tak strasznie cierpiącego, znieważonego, opluwanego, biczowanego, cierniem koronowanego, a wreszcie konającego w niewypowiedzianych mękach duszy i ciała na krzyżu — jest prawdziwym Bogiem, Panem Aniołów i ludzi, Sędzią, od którego wyroków nie ma apelacji, a którego wszechmoc zawsze te wyroki wykonać może.

Dopiero w świetle tej prawdy Męka Pana Jezusa nabiera całego znaczenia i może nas przejąć do głębi uczuciami miłości, wdzięczności i uwielbienia dla P. Jezusa, cierpiącego za nas. Bo, gdybyśmy byli winni najwyższą wdzięczność człowiekowi, który by dla naszego szczęścia chciał poświęcić życie, to cóż dopiero winniśmy wszechmogącemu Bogu, który na to, by nam zapewnić szczęście wieczne, staje się człowiekiem, aby móc za nas wycierpieć tak straszne męki.

I dopiero pamięć Bóstwa P. Jezusa w rozważaniu jego ofiary daje nam obraz miłości Boga dla nas. Ona dopiero pozwala nam w pewnej mierze ocenić bezmiar tej miłości, która bez żadnej korzyści dla siebie, poświęca się zupełnie dla dobra naszego — tego niewdzięcznego i buntowniczego stworzenia.

Ale powiecie – to było tak dawno, minęło bezpowrotnie. Dziś ten P. Jezus króluje w blasku swej chwały wysoko w niebie, tak że ledwo Go sobie wyobrazić możemy. Trudno nam wzbudzić sobie jakieś rzeczywiste współczucie z tym triumfującym i odległym Zbawicielem. — Dawno to było, to prawda, ale przecież blizny ran krzyżowych zachowuje P. Jezus w swoim uwielbionym ciele do dziś dnia tak, jak je wyniósł z Grobu trzeciego dnia po Męce. I w pamięci Jego nie zatarła się żadna obelga.

Wczuwając się całym sercem w. Mękę Pana Jezusa śpiewajmy z głębokim przejęciem:

Gorzkie żale przybywajcie, 

Serca nasze przenikajcie. 

Rozpłyńcie się me źrenice, 

Toczcie smutnych łez krynice“.

Amen.

Il. Ogrójec

1. Przypomnijmy sobie na wstępie to, co mówiliśmy w poprzednim kazaniu, że cała Męka P. Jezusa jest zupełnie dobrowolnym aktem miłości Boga-Człowieka, spełnionym bez żadnej konieczności z Jego strony, ani korzyści dla Niego samego. Z tej Męki korzystamy tylko my, ludzie, bo przez nią otrzymujemy wszystkie łaski, i tylko dzięki niej możemy się spodziewać wiecznego szczęścia w niebie. A przy tym musimy sobie uświadomić, że cierpienie P. Jezusa nie ogranicza się do samego czasu Męki, bo On tę Mękę przeżywa w całym swym życiu. On zna każdy jej szczegół od kolebki, pamięta o niej i myśli zawsze, jak na to wskazują częste przepowiednie Jego, tak że cień jej pada na każdą chwilę Jego życia.

Niewątpliwie jednak właściwy okres Męki zaczyna się po Ostatniej Wieczerzy, a pierwszą stacją tej drogi krzyżowej są Jego cierpienia w Ogrójcu.

2. Skończyła się Uczta paschalna, którą po raz ostatni spożywał P. Jezus na ziemi razem z uczniami swymi, a wraz z nią skończył się cały symbolizm Starego Zakonu. Wszystko, co w Starym Testamencie obrazowo było przedstawione, miało się za chwilę spełnić w całej rzeczywistości na Osobie Zbawiciela.

Baranek, którego krew uchroniła synów Izraela od zguby w Egipcie, a którego wspomnieniem miał być baranek spożyty na uczcie paschalnej, to On sam. Krew baranka, to Jego krew, która za chwilę popłynie tak obficie, aby uwolnić od zguby wiecznej już nie jeden naród, ale całą ludzkość. Jaką cenę On za to uwolnienie zapłaci? Jakże wyraziście staje ta myśl przed Jego oczyma teraz, kiedy wychodzi z Wieczernika.

Miał chwilę radości, kiedy po obrzędowej Wieczerzy Paschalnej ustanawiał Ofiarę czystą i oddawał się uczniom i Matce Najśw. w Przenajświętszym Sakramencie. Teraz jednak, gdy się te uroczystości skończyły, bezbrzeżny smutek coraz bardziej ogarnia Jego serce. Idzie ofiarować się za ludzi… Ale jak ludzie z tej ofiary Jego skorzystają, jaki będzie jej skutek ?

Patrzy na Apostołów. Jest ich już tylko jedenastu koło Niego. Gdzie dwunasty? Nikt z jego towarzyszy się nie domyśla, ale P. Jezus boskim przejrzeniem widzi ów potworny targ, słyszy pytanie: Ile mi chcecie dać? Słyszy brzęk wypłacanych 30 srebrników, cenę Jego Krwi przenajświętszej. To Jego uczeń wybrany, apostoł?

Ale czy przy tym targu widzi tylko Judasza? Niestety, nie! Widzi cisnące się za nim tłumy i słyszy niezliczone razy powtórzone to potworne pytanie: Ile mi chcecie dać, a ja Go wam wydam? A nie do arcykapłanów zakonnych zwraca się to pytanie, ale do samego szatana i do namiętności ludzkich. Chwila rozkoszy zmysłowej, zadowolenia uczucia zemsty, poniżenia kogoś, co mnie obraził — To Judaszowe srebrniki, cena Krwi Zbawiciela! Czy. P. Jezus nie widział wtenczas i mnie tam, za plecami Judasza? A może widział mnie powracającego do tego targu nie jeden raz?

Tak postępuje jeden z Apostołów. A reszta? Obejmuje ich P. Jezus wzrokiem. Idą z Nim razem, ale jakże dalecy od Niego, jak Go zupełnie nie rozumieją. Nie mają pojęcia, co Go czeka. Chce ich jeszcze raz przestrzec, przygotować: „Wszyscy się ze mnie tej nocy zgorszycie”. Ale i ta przestroga nie trafia do innych umysłów. W odpowiedzi słyszy P. Jezus gwałtowne zaprzeczenia, a zwłaszcza Piotra: „Nie zgorszę się z Ciebie, gotów jestem umrzeć z tobą“. Jaka pewność siebie, brak pokory niepoznanie swej słabości, jak mały skutek jego trzyletnich nauk. Więc z jakim bólem odpowiada mu P. Jezus: „Tej nocy trzykroć się mnie zaprzesz”.

Idzie wprawdzie razem z nimi, ale jakże czuje się opuszczonym, jak zupełnie sam.

Doszli do Ogrodu Oliwnego. U wejścia zostawia P. Jezus resztę Apostołów, a tylko Piotra, Jana i Jakóba bierze z sobą. Wszedłszy w głąb ogrodu, każe i tym trzem pozostać, przestrzegając ich, by czuwali i modlili się, a sam oddala się nieco na modlitwę. Przestroga Jego niewiele jednak poskutkowała trzem Apostołom, wkrótce wszyscy trzej zasnęli. Sam więc bez współczucia, bez zrozumienia przez tych, za których się ofiarowuje, zniesie ciężar Męki.

A ciężar to straszny. Przed oczyma Jego duszy poczynają się teraz rozwijać wszystkie szczegóły Męki: uwięzienie, policzek u Annasza, potworny sąd i wyrok Najwyższej Rady, wydanie w ręce pogańskiego Piłata, skazanie na śmierć krzyżową, ukrzyżowanie. A widzi to ze wszystkimi szczegółami bicia, opluwania, zniewag i szyderstw. Jakże Jego ludzka natura, tak szlachetna i wrażliwa, wzdryga się przed tym wszystkim. Nam jest nieraz tak trudno znieść małe upokorzenie od równych nam ludzi, a jakżesz straszne upokorzenie P. Jezus widzi przed Sobą. On ma przecie pełne poczucie swej nieskończonej godności, tej niezmiernej przepaści, jaka Go dzieli od tych ludzi, od których ma te wszystkie zniewagi wycierpieć.. A jakże niesprawiedliwe i bolesne są te wszystkie katusze, które Mu wrogom wie zadać mają. Przyjąć to wszystko ma na siebie bez konieczności, tylko dla dobra tej ludzkości bezmyślnej, która ani współczucia nie okaże, ani wdzięczną być nie zechce. Ale widzi wolę Ojca Niebieskiego, który postanowił zbawić świat przez Jego cierpienia, i Jego wola ludzka ugina się w pokorze: „Ojcze! Jeżeli może być, niech odejdzie ode mnie ten kielich, ale nie jako ja chcę, ale jako Ty”.

Te wszystkie obrazy nie objęły jednak jeszcze całej głębi oczekującego Go cierpienia. On ma zadośćuczynić Ojcu za grzechy ludzkie. Ma przyjąć niejako odpowiedzialność za nie wobec Ojca. Ma stanąć wobec Ojca obarczony bezmiarem brudu grzechowego, On najczystszy, nienawidzący grzechu. I widzi te wszystkie grzechy ludzkości, które jako potworne gady, jak wstrętne robactwo wypełzają przeciw Niemu, a są to niezliczone zbrodnie, wszeteczeństwa i podłości ludzkie. Zalewa Go taka fala cuchnącego brudu, i czuje na sobie cały ciężar tej niepojętej odrazy, jaką Bóg ma do grzechu. Czuje jak te grzechy, za które bierze odpowiedzialność, odrywają Go od Ojca, którego nade wszystko miłuje! On, Syn miłujący, ma stanąć przed Ojcem już nie jako umiłowany, ale jako zbrodniarz, oczekujący straszliwego ciosu sprawiedliwości Bożej?

A czy przynajmniej za tę cenę ustanie na świecie grzech, obraza umiłowanego Ojca? Czy wszystkie dusze ludzkie osiągną zbawienie? I to nie! Widzi całe miliony ludzi, którzy przejdą koło Jego Męki całkiem obojętnie, których Ona nie wzruszy i od grzechu nie powstrzyma, i pomimo ceny, którą On za ich zbawienie zapłaci, pójdą na zatracenie.

I to poczucie winy wobec Ojca i widok bezowocnej Męki dla tylu dusz — przejmuje Najczulsze Serce Jezusa niewypowiedzianym bólem takim, jakiego natura ludzka wytrzymać by nie mogła. Krew wraz z potem wydobywa się wszystkimi porami ciała i spływa grubymi kroplami po najświętszym obliczu i wszystkich członkach, aż na ziemię. Siły ciała wyczerpują się zupełnie tak, że Zbawiciel zaczyna odczuwać mękę konania. I tylko wszechmocną i Boską wolą swoją oddala chwilę śmierci, żeby móc cierpieć więcej, a z wybladłych ust Jego płynie ku Ojcu pokorna modlitwa poddania: „Ojcze, nie moja, ale Twoja wola, niech się stanie“.

Ojciec Niebieski widząc, że ofiara ludzkiej natury P. Jezusa doszła do ostatnich granic, zsyła z nieba Anioła, który tej Jego naturze ludzkiej przynosi pociechę i wzmocnienie.

Tak w męce i bólu Syna Bożego rodzi się nasze Odkupienie. W Ogrójcu zwycięża P. Jezus właściwy naturze ludzkiej wstręt i lęk przed cierpieniem i ofiarą, któremu pozwolił w sobie działać. Zwycięża go przez poddanie Swojej woli najzupełniej woli Ojca, dla przywrócenia naruszonej przez grzech chwały Ojca i dla zbawienia dusz ludzkich. Tu w Ogrójcu przyjmuje P. Jezus bez zastrzeżeń całą nadchodzącą Mękę, pomimo niepojętej odrazy, jaką ona w Jego naturze ludzkiej wywołuje.

3. Przez Swoje boleści Ogrójca poucza nas P. Jezus, że wstręt i obawa cierpienia nie jest jeszcze żadnym grzechem, byleśmy z Nim razem umieli zawsze powiedzieć: „Ojcze, nie moja, ale Twoja wola niech się stanie!”

Patrząc więc na P. Jezusa konającego i zlanego krwawym potem w Ogrójcu dziękujmy Mu gorąco, że chciał te słowa wypowiedzieć, że przyjął dobrowolnie, mimo całego wstrętu natury ludzkiej, wszystkie cierpienia Męki Swojej, bo od tego przyjęcia zależało nasze zbawienie. Przy tym przez zwycięstwo naturalnych popędów natury ludzkiej wskazał nam, jak my mamy tę naturę przezwyciężać we wszystkim, co się nie zgadza z wolą Bożą; a przez cierpienie Swoje wysłużył nam siły i łaski do tego zwycięstwa. Amen.

III. Pojmanie – u Annasza

1. Noc się daleko posunęła, zanim P. Jezus zakończył swoją modlitwę w Ogrójcu. Księżyc wybiegł wysoko na sklepienie niebios i twarde czarne cienie kładły się do stojących dokoła drzew na ścieżki ogrodu. Na przeciwnym stoku doliny Cedronu bieliły się potężne mury i gmachy Jerozolimy, a w ciszy nocnej dolatywał stamtąd niewyraźny szum miasta, przepełnionego w tej chwili tłumami pielgrzymów, którzy przybyli tu na obchód święta Paschy. 

Strasznie wyczerpany przebytymi cierpieniami, konaniem i krwawym potem powstaje P. Jezus od modlitwy. Ze śladami krwi na obliczu zbliża się do uczniów. Śpią. Patrzy na nich przez chwilę wzrokiem pełnym bólu, ale i współczucia dla ich słabości, wreszcie budzi ich słowami: „Wstańcie, pójdźmy stąd, oto się przybliżył, który mnie wyda“. Zawstydzeni uczniowie powstali i w milczeniu poszli za Nim, by się połączyć z resztą Apostołów, pozostałych przy wejściu do ogrodu, koło drogi wiodącej do miasta.

A drogą tą zbliżała się gromada ludzi. Pomiędzy drzewami widać było z daleka przebłyski pochodni, słychać było ciężkie stąpania i gwar rozmów. Nadeszła chwila, od której Męka P. Jezusa miała być już nie tylko wewnętrznym, moralnym cierpieniem, ale do moralnych cierpień miały się dołączyć katusze, zadawane Mu przez ludzi. I w tej chwili pokazuje się jasno, jak zupełnie dobrowolnie P. Jezus tę Mękę podejmuje. Wiedział, że nadchodzą, aby Go pojmać, a to noc, ogrody. Jakże łatwo, nawet bez użycia jakichś cudownych środków, mógłby się ukryć, uchylić od uwięzienia. Ale On bynajmniej nie zamyśla ucieczki. Przeciwnie, wysuwa się nieco przed zaniepokojone grono Apostołów i czeka cierpliwie nadejścia zgrai.

2. Nieco przed oddziałem pachołków arcykapłańskich, jakby tylko przypadkiem droga mu wypadła w tym samym kierunku, szedł Judasz. Ujrzawszy Zbawiciela w świetle pochodni, przystroił twarz obleśnym uśmiechem i, nie patrząc Mu w oczy, przybliżył się do Niego, udając radość, że po krótkiej rozłące znowu Go spotyka i składa na twarzy P. Jezusa pocałunek ze słowami: „Bądź pozdrowion Mistrzu”. A powiada św. Marek w Ewangelii: „A dał im znak, który Go wydał, mówiąc: Któregokolwiek pocałuję, ten jest, imajcie go“. (Mar. 14, 44).

Jakże ta niecna obłuda musiała zaboleć najszlachetniejsze Serce Zbawiciela? Ale, czy P. Jezus odpowie na to piorunem gniewu i oburzenia? Bynajmniej. Jego więcej boli utrata tej duszy tak strasznie spodlonej, niż zniewaga Jemu wyrządzona. Może jeszcze w tej ostatniej chwili da się ten człowiek opamiętać… Próbuje P. Jezus jeszcze raz przemówić do niego: „Przyjacielu, po coś przyszedł? Judaszu, pocałowaniem wydajesz Syna Człowieczego!“ Ale nawet te pełne miłości słowa nie obudziły żadnego oddźwięku w sercu, które zupełnie opanowała chciwość. Dźwięk srebrników zagłuszał w niej wszystkie inne głosy, na szlachetniejsze uczucia nie było tam miejsca. 

Ale kiedy się tak zastanawiamy nad zatwardziałością serca Judasza, to ono przejmuje nas wprost zgrozą. Ale czy my sami zawsze bardzo dalecy jesteśmy od podobnej zatwardziałości? Ileż to razy przed popełnieniem jakiegoś grzechu P. Jezus w sumieniu naszym przestrzega nas i pyta: „Przyjacielu po coś przyszedł? Co zamierzasz?” A my jednak idziemy za głosem namiętności, sprzedajemy żyjącego w nas Zbawiciela za 30 srebrników jakiejś chwilowej zachcianki…

Chociaż otrzymali już od Judasza znak umówiony, stoją jednak pachołkowie niezdecydowani. Teraz P. Jezus występuje sam: „Kogo szukacie?” Odpowiadają: „Jezusa Nazareńskiego“. Spokojnie i wyraźnie odpowiada P. Jezus: „Jam jest“. I staje się rzecz dziwna. Zamiast rzucić się na Niego, by Go pojmać, cała zgraja cofa się wstecz i pada na ziemię.

Jeszcze raz zaznaczył P. Jezus, że bez Jego woli nic Mu zrobić nie mogą, że nie ulega przemocy, ale że zupełnie dobrowolnie się im poddaje, bo chce ponieść Mękę za ludzkość.

Po chwili więc pozwala zbirom powstać i bez żadnego oporu daje się związać. Nie chce żadnej obrony, a kiedy Piotr w gorliwości swojej dobywa miecza i ucina ucho jednemu ze sług arcykapłańskich, P. Jezus uzdrawia rannego, a Piotrowi nakazuje miecz schować do pochwy, bo takiej obrony nie potrzebuje. Mógłby wszakże mieć całe zastępy Aniołów na zawołanie, ale „Czyż kielicha, który mi dał Ojciec, pić nie będę?“ Ludzie P. Jezusa prześladują, znieważają, wiążą, On jednak wzrokiem sięga ponad te wszystkie działania ludzkie, I we wszystkim, co Go spotyka, widzi wolę Ojca, którą przyjmuje z pokorą i miłością. Wykonuje doskonale w czynie to, co powiedział ustami i sercem w modlitwie w Ogrójcu: „Ojcze, nie jako ja chcę, ale jako Ty”.

W tym powiedzeniu P. Jezusa o przyjęciu kielicha cierpienia z rąk Ojca mieści się dla nas wielka nauka. Kiedy się na człowieka walą cierpienia, których nieraz żadną naszą zapobiegliwością uniknąć nie możemy, podnośmy i my wzrok ponad te wszystkie przyczyny doczesne naszych cierpień, a zobaczymy ponad splotem wypadków, ponad działaniem ludzkim Opatrzność Bożą i wolę Ojca, który z miłością wielką kieruje wszystkimi naszymi losami do swoich wyższych celów, dla naszego dobra i ostatecznego szczęścia.

3. Związanego. P. Jezusa zaprowadzono do miasta, by Go postawić przed sądem Najwyższej Rady. Jakże inaczej wygląda obecne wejście Jego, niż wjazd przed paru dniami, kiedy to tłumy witały Go okrzykami: „Hosanna Synowi Dawidowemu!” Teraz idzie związany, otoczony gromadą zbrojnych, nieokrzesanych pachołków, wystawiony na ich szyderstwa i zniewagi, opuszczony od wszystkich uczniów, bo tylko Piotr i Jan idą z daleka, by zobaczyć, co się dalej stanie.

Nie od razu jednak postawiono P. Jezusa przed Najwyższą Radą. Już dawno ta Rada postanowiła śmierć P. Jezusa. Zdawano sobie jednak doskonale sprawę z tego, że bardzo trudną rzeczą będzie znaleźć jakieś pozory, usprawiedliwiające taki wyrok — tak wobec ludu, jak i wobec starosty rzymskiego, który musiał wyrok śmierci zatwierdzić, żeby mógł być wykonany. Przygotowano wprawdzie wielu fałszywych świadków, ale już z góry niewiele się po nich spodziewano.

Żył jednak wtenczas w Jerozolimie człowiek imieniem Annasz, który już wielokrotnie piastował urząd arcykapłański. Choć obecnie arcykapłanem nie był, to jednak pieniędzmi i wpływami potrafił tak sprawami kierować, że ten urząd znajdował się stale w rękach jego najbliższej rodziny tak, że on sam prawie za równego arcykapłanowi uchodził. Był to człowiek bardzo wpływowy, niezmiernie chytry i nieprzejednany wróg P. Jezusa. Miano więc nadzieję, że on podstępnymi pytaniami tak potrafi uwikłać P. Jezusa, że znajdzie się materiał do oskarżenia i wydania wyroku śmierci. Zaprowadzono więc P. Jezusa naprzód do Annasza.

Jakże musiał się ucieszyć Annasz, widząc przed sobą upokorzonego tego znienawidzonego Nazarejczyka, który tak ostro i bezwzględnie śmiał wyrzucać pychę, chciwość i obłudę kapłanom i uczonym w Piśmie. Zachowując jednak pozorny spokój, zaczyna badanie od pytania o naukę i uczniów P. Jezusa. P. Jezus, który tak chętnie objaśnia swoją naukę, gdzie tylko może się spodziewać korzyści dla dusz ludzkich, tutaj nie ma wcale zamiaru jej tłumaczyć. Wie doskonale, że w tych pytaniach nie ma żadnej dobrej woli poznania prawdy, że cokolwiek powie, będzie tłumaczone na złe, bo chodzi tylko o podchwycenie Go na jakimś słowie. Odpowiada więc bardzo spokojnie i całkiem logicznie, że nauczał publicznie, że nauka Jego jest znaną, że więc chcąc Mu stawiać zarzuty z Jego nauki należy pytać tych, co jej słuchali. 

Odpowiedź całkiem słuszna i bynajmniej dla Annasza nieobraźliwa, ale jednym zamachem przekreślająca wszystkie chytre plany podchwycenia P. Jezusa. Złość i zawód musiały się odbić na twarzy Annasza. Spostrzegł to jeden ze stojących przy P. Jezusie sług arcykapłańskich i, chcąc się przypochlebić swemu panu, jakby oburzony za rzekomą zniewagę, uderzył P. Jezusa w twarz ze słowami: „Tak odpowiadasz najwyższemu kapłanowi?”

To początek tych niezliczonych obelg, jakich miał doznać P. Jezus w ciągu swojej Męki. Jak bardzo musiał ją P. Jezus odczuć! Wszakże miał serce takie jak nasze, tylko wrażliwsze, a w pełni świadome swej godności. Ta obelga spada na Niego tak całkiem niesprawiedliwie, wobec zgromadzonej starszyzny, i nikt się o to nie upomni. Przeciwnie, widać jakby zadowolenie i szydercze uśmiechy. Jakże słusznym byłby ze strony P. Jezusa odruch gniewu i oburzenia. Tymczasem P. Jezus daje nam przykład zupełnego spokoju, opanowania i łagodności. Bez śladu gniewu odpowiada niecnemu pachołkowi: „Jeślim źle powiedział, daj świadectwo o złem, a jeżeli dobrze, czemu mnie bijesz?”

Jakże często dalecy jesteśmy od tego wzoru P. Jezusa! Jakże się gwałtownie oburzamy, jeśli nam ktoś choćby w drobnej rzeczy uchybi. Jak często dopatrujemy się obrazy nawet tam, gdzie jej wcale nie było, jeśli nasza próżność jest tylko trochę naruszona… lleż w takich wypadkach w odpowiedziach naszych znajdzie się słów obelżywych, a w sercu złości i nienawiści, która trwa i to nieraz przez całe lata. A czyż można porównać, choćby najcięższą naszą obelgę, z tym policzkiem wymierzonym Synowi Bożemu? Więc musimy się liczyć z tym, że kiedyś na sądzie P. Jezus zestawi ten spokój, z jakim zniósł tę straszną obelgę, ze złością i oburzeniem, z jakim my odpowiadamy na uchybienie bliźnich wobec nas. Co odpowiemy, gdy nas spyta: „To ja mogłem dla ciebie znieść spokojnie tak straszną obelgę, a ty nie chciałeś dla miłości mojej i bliźniego powstrzymać się od obelg, złorzeczeń i nienawiści?“

4. Niechże ten obraz pojmanego i zelżonego, a tak cichego, P. Jezusa staje często przed naszymi oczami, abyśmy się nauczyli od Niego podobnie cicho znosić krzywdy i zniewagi, bez złości i przykrych odpowiedzi. I prośmy Go, by łaską, którą nam przez swoją cichość i łagodność wysłużył, zechciał zawsze wspomagać nasze wysiłki w tym kierunku.

Jezu cichy i pokornego Serca, uczyń serca nasze według Serca Twego”. Amen.

IV. P. Jezus przed Najw. Radą. – Zaparcie się Piotra. – Naigrawanie służby. 

1. Jak mówiliśmy zeszłej niedzieli, mimo całej chytrości Annasza nie udało mu się znaleźć żadnego takiego zarzutu przeciw P. Jezusowi, jakiego on sam i cała Rada szukali. Nie pozostawało więc nic innego, jak postawić P. Jezusa przed sądem Rady. 

Pomimo późnej nocy, Rada już była zebrana w domu najwyższego arcykapłana, Kajfasza. Wszystko było przygotowane do przeprowadzenia postępowania sądowego, bo na skutek zdrady Judasza wiedziano już na pewno, że tej nocy zostanie P. Jezus uwięziony. Zależało zaś niezmiernie Najwyższej Radzie na szybkim załatwieniu całej sprawy. Była to noc z czwartku na piątek, a w ten piątek wieczorem zaczynały się święta Paschy, w czasie których nie można było przedsiębrać żadnych czynności sądowych, a tym mniej wykonywać wyroków śmierci. Gdyby więc nie udało się wydać i wykonać w roku w ciągu tego piątku, to trzeba by było odłożyć całą sprawę aż na po świętach, czyli na całe 8 dni, a tego Rada się obawiała. Wiedziano dobrze, że między tysiącami pielgrzymów, przybyłych na święta do Jaruzalem, P. Jezus ma wielu zwolenników. Więc przetrzymanie P. Jezusa w więzieniu przez cały ten czas mogło doprowadzić do niepokojów i rozruchów, do wmieszania się w to wszystko władzy rzymskiej, co razem wzięte byłoby dla Rady co najmniej niemiłe, a mogłoby nawet doprowadzić do uwolnienia P. Jezusa. Pośpiech był więc koniecznym. Dlatego mimo bardzo spóźnionej pory przyprowadzono P. Jezusa od Annasza przed najwyższego arcykapłana i Radę.

2. Stanął więc P. Jezus przed Najwyższą Radą związany jak zbrodniarz, ze świeżymi śladami otrzymanego policzka na twarzy.

Jest to zapewne jedna z najboleśniejszych chwil w Męce dla Serca Jezusowego. Ci ludzie, przed którymi teraz staje, to najwyższe przedstawicielstwo Narodu Wybranego, którym Bóg powierzył kierownictwo tego Narodu. A przecież ten Naród był wybranyın w tym celu, by przechował przez wieki obietnicę przyjścia Odkupiciela ludzkości, Syna Bożego, — by przygotował świat na to przyjście. A kiedy takie było zadanie Narodu Wybranego, o ileż więcej obowiązki te ciążyły na tych, którzy byli przewodnikami jego duchownymi, a przed którymi w tej chwili nasz Odkupiciel stoi. Oni mieli przygotować serca Narodu na przyjęcie Mesjasza, mieli poznać czas Jego przyjścia i ogłosić to przyjście ludowi. Otrzymali od Boga potrzebne do spełnienia tego zadania laski i odpowiednie do tego środki. W ich ręku spoczywały wszystkie pisma Zakonu, wszystkie proroctwa, które tak wyraźnie przyjście Mesjasza przepowiadają. Oni się jednak zupełnie temu posłannictwu sprzeniewierzyli. Swego uprzywilejowanego stanowiska używali tylko do zaspokojenia swej pychy i chciwości.

I nawet teraz, kiedy to przyjście Mesjasza stało się faktem, nie umieją i nie chcą uznać tego faktu, a wszystkie wskazówki i oświecenia, jakie im Bóg zsyła, lekceważą i odrzucają. Wszakże dochodziło do ich wiadomości opowiadanie pasterzy o narodzeniu P. Jezusa w Betlejem. Dowiedzieli się o nim od Trzech Króli przybyłych ze Wschodu. Widzieli samego P. Jezusa, jako chłopię Dwunastoletnie w świątyni, i dziwili się Jego rozumowi. Wreszcie przyszedł św. Jan Chrzciciel. Ten już całkiem wyraźnie ogłaszał, że obiecany Mesjasz stanął wśród swojego ludu, że czasy oczekiwania dobiegły końca.

Ale wszystkie te znaki nie trafiają do serc, zaśniedziałych w pysze i chciwości. Więc też, kiedy P. Jezus sam wystąpił, kiedy począł głosić swoją naukę i obwieścił światu, że On jest Mesjaszem, oni na to Jego przyjście nie są wcale przygotowani. Ten Jezus z Nazaretu nie odpowiada wcale tym pojęciom, jakie sobie o przyjściu Mesjasza wyrobili. Wedle nich Mesjasz musi przyjść w potędze i majestacie światowym, ma przywrócić narodowi wybranemu pierwsze miejsce między narodami świata, dać mu wszystkie bogactwa ziemi, a im samym pierwsze miejsce w tym narodzie i korzystanie z jego bogactw. Tymczasem ten Nazarejczyk, sam ubogi i nieznany, głosi naukę ubóstwa, pokory i zaparcia się siebie. Nie obiecuje żadnych zaszczytów, ani bogactw na ziemi. I oni, tacy wielcy i potężni, mieliby się przed Nim upokorzyć? Wyrzec się swoich planów i nadziei? – Tego nie chcą za żadną cenę. Więc nie badając już ani prawdziwości Jego nauki, ani Jego prawa do tytułu Mesjasza, postanawiają bezwzględnie się go pozbyć. Wszelkimi możliwymi oszczerstwami starają się Go oczernić przed ludem i złamać Jego wpływy, a wreszcie widząc, że przeciw Jego cudom i nauce wszystkie ich środki mało skutkują, uradzili chwycić się środka ostatecznego – zabić Go.

Ale nie chciał Bóg, żeby popełniając tę potworną zbrodnię, mogli mieć choć pozornie wymówkę nieświadomości. Mieli się dowiedzieć, że ten, przeciw któremu walczą, którego chcą zamordować, jest rzeczywiście obiecanym Mesjaszem, a dowiedzieć się tego mieli już nie przez posłów, ale z ust samego Syna Bożego. Czy im to jednak co pomoże? Niestety, nic! Przyczyni się tylko do cięższego ich upadku i do straszniejszej kary bożej.

Z jakimże więc bólem patrzył P. Jezus na tych ludzi, którzy, jak Sam powiedział, zasiedli na stolicy Mojżeszowej, ale zamiast, jak On prowadzić lud do Boga, przez pychę i chciwość zamykali mu drogę do zbawienia. Czy i teraz nie cisnęły się łzy do Jego oczu, jak wtenczas, kiedy płakał nad upadkiem Jerozolimy: „Iżeś nie poznało czasu nawiedzenia swego“. 

Opatrzność jednak w ten sposób pokierowała tą sprawą, albowiem postawienie P. Jezusa przed najwyższym sądem narodu wybranego miało mieć niezmiernie wielką doniosłość dla losów Jego nauki i dla wszystkich Jego wyznawców. Sąd ten miał udowodnić, że nawet najzawziętsi i chytrzy wrogowie nie mogą Mu udowodnić żadnego zarzutu. A z drugiej strony, miał dać P. Jezusowi sposobność oświadczenia wobec najwyższej władzy duchownej, która miała prawo w Imieniu Boga zapytać Go o to, że On jest rzeczywiście obiecanym i przez Boga zesłanym i Synem Bożym.

Kiedy P. Jezusa wprowadzono do sali, zaczęło się zaraz przesłuchiwanie świadków, których już z góry przygotowano. Pomimo jednak, że byli oni pouczeni, co mają mówić, nie można było osiągnąć dwóch zgodnych świadectw, obciążających P. Jezusa, jak tego prawo zakonne do uznania winy oskarżonego wymagało. P. Jezus zaś na wszystkie stawiane Mu fałszywe zarzuty nie odpowiadał wcale – milczał.

Rada znalazła się w kłopocie. Czas nagli, a tu nie można znaleźć żadnego pozoru do wydania wyroku śmierci. Wreszcie najwyższy kapłan Kajfasz zniecierpliwiony bezowocnością całego postępowania, postanowił jednym zamachem rozstrzygnąć sprawę. Tak on sam, jak i reszta członków Rady, zdawali sobie doskonale sprawę z tego, że te wszystkie zarzuty, które próbują ukuć przeciwko P. Jezusowi, są tylko błahym pozorem. Właściwa rzecz, o którą naprawdę idzie, polega tylko na jednym pytaniu: Czy ten człowiek przypisuje sobie godność Syna Bożego?

To pytanie musi wszystko rozstrzygnąć. Bo jeśli P. Jezus sobie tę godność przyzna, to uznają Go jako bluźniercę i będzie zupełnie dostateczny powód do skazania Go na śmierć, wedle prawa Zakonnego. Jeżeli zaś zaprzeczy, to widocznym będzie, że jest prostym oszustem, zasądzą Go, jako uwodziciela, a wobec całego ludu straci wszelkie poważanie.

Staje więc Kajfasz przed P. Jezusem i w najuroczystszej formie, mocą swej władzy arcykapłańskiej stawia P. Jezusowi pytanie: „Zaklinam Cię, przez Boga żywego, byś nam powiedział, czyś Ty jest Chrystus, Syn Boga Błogosławionego?”

Cisza zaległa salę. W najwyższym napięciu cała Rada oczekuje odpowiedzi. Ale nie tylko Rada. Niebo, ziemia i piekło samo w skupieniu czekają na tę odpowiedź, od której zależy los ludzkości. I w tej ciszy pada krótka, jasna odpowiedź P. Jezusa: „Tyś powiedział. Jam jest”.

Nie mogło więc już być żadnej wątpliwości. Zapytany w imieniu Boga, przez władzę od Boga do tego uprawnioną, wiedząc, że ta odpowiedź kosztować Go będzie życie, stwierdza P. Jezus, że jest obiecanym Mesjaszem, Synem Bożym.

Prawda słów wypowiedzianych w tych okolicznościach, a popartych całym dotychczasowym życiem P. Jezusa, biła w oczy. Ale ludziom, przed którymi stał P. Jezus w tej chwili, już o prawdę wcale nie chodziło. Osiągnęli to, czego tak bardzo pragnęli, pozór do wydania wyroku śmierci. Przypisanie sobie przez człowieka godności Syna Bożego, to bluźnierstwo, za które Zakon śmiercią karze. To wystarcza. Więc na znak obłudnego oburzenia i niby bólu, że w jego obecności ktoś śmiał tak ciężko znieważyć Boga — Arcykapłan rozdziera szaty swoje z okrzykiem: „Zbluźnił!” I natychmiast zwraca się do Rady: „Oto słyszeliście bluźnierstwo, co się wam zda?” czyli na jaką karę zasłużył ten człowiek. A cała Rada zawołała: „Winien jest śmierci!”

Jakie uczucie wzbudzić musiał ten wyrok w Sercu P. Jezusa? Niewątpliwie był na niego przygotowany; wiedział, że taki wyrok nastąpi. Ale jak niepojęcie musiała Go zaboleć straszna przewrotność tych ludzi. Oto oni znaleźli się w obliczu największego dobrodziejstwa, jakie Bóg ludziom udzielił, że posłał Syna Swego do ludzi, i to w pierwszym rzędzie do nich, a oni dla swej pychy i chciwości skazują Go na śmierć. On przychodzi do nich z nieograniczoną miłością, z rękami pełnymi łask i darów, a oni to wszystko odrzucają, odpowiadając Mu nienawiścią i pogardą.

I widzi P. Jezus, że to tylko początek, że ten przykład podziała. Że ta nienawiść i pogarda dla Niego wszczepi się w serca milionów, że będzie się sączyć jak jad zabójczy w życiu ludzkości i będzie stawiać zaporę szerzeniu się Królestwa Bożego na ziemi.

Boli Go to niewypowiedzianie, ale przyjmuje ten wyrok bez złości, bez nienawiści do tych niesprawiedliwych sędziów. Widzi w nich narzędzie Opatrzności Bożej. On przyjął na siebie zastępstwo wszystkich grzeszników, więc winien jest wobec Ojca — śmierci za grzechy ludzkie. Chce ją ponieść, żeby przez to uratować od śmierci wiecznej niezliczone rzesze dusz ludzkich. Dlatego nie powie w swej obronie ani jednego słowa, choć przecie tak łatwo mógłby w niwecz obrócić wszystkie zamiary swych przeciwników.

Wprawdzie jeszcze raz zwróci się do nich z przestrogą, ale nie dlatego, żeby ratować siebie, lecz wyłącznie z miłości, żeby ich ratować, by ich powstrzymać na drodze zbrodni. Więc im przypomni, że choć On stoi obecnie przed ich sądem, to jednak przyjdzie chwila, w której oni będą musieli stanąć przed Jego sądem, kiedy wedle znanych im proroctw przyjdzie sądzić świat: „Odtąd ujrzycie Syna Człowieczego, przychodzącego na obłokach niebieskich“.

Ale ta przestroga nie podziałała. Przeciwnie, podnieciła tylko ich złość i nienawiść. „Jak to? – ten Nazareńczyk śmie im grozić, najwyższym przedstawicielom narodu, przed których władzą wszystko się ugina? Dotychczas z obawy przed ludem musieli tę swoją nienawiść do P. Jezusa ukrywać pod obłudną maską pewnego szacunku, ale teraz, kiedy mają Go w rękach, kiedy już skazany na śmierć, nie potrzebują mieć żadnych względów, i to wszystko, co ukrywali dotychczas w sercach, wybucha na zewnątrz jak płomień. Rzucają się na P. Jezusa, obsypują Go stekiem najgorszych wyzwisk i obelg, biją pięściami, plują Mu w twarz, szarpią za włosy i brodę. I dopiero, kiedy nasyciła się ich nienawiść, oddają Go straży, aby Go do rana przetrzymać w więzieniu.

Tak sponiewieranego P. Jezusa wyprowadzono na podwórze. Tutaj wśród sług arcykapłańskich grzał się przy ogniu Jego apostoł Piotr. Podczas, gdy P. Jezusa w sali Rady sądzono, on się Go trzykroć zaparł, jak mu to był P. Jezus zapowiedział. A teraz gdy P. Jezusa związanego i zmaltretowanego wyprowadzono, spotkały się spojrzenia Zbawiciela i Jego ucznia. Ileż bólu i cichego wyrzutu było w spojrzeniu P. Jezusa. I to Piotrowi wystarczyło. On zgrzeszył nie przez jakąś namiętność, która by jego serce opanowała, ale przez słabość i nieroztropność, przez zbytnie zaufanie w sobie. Toteż spojrzenie P. Jezusa otrzeźwiło go natychmiast. Ból niezmierny przejął jego serce, wstyd mu niewierności. Więc bezzwłocznie opuszcza podwórze i, jak mówi Ewangelia, „począł gorzko płakać“. Za to zaparcie się Mistrza płakał całe życie, a Serce Jezusowe, tak skłonne do przebaczania, przyjęło jego skruchę i przebaczyło mu zupełnie.

Członkowie Rady rozeszli się na spoczynek, ale teraz służba zgromadzona na podwórzu zrobiła sobie z powierzonego ich straży P. Jezusa brutalną igraszkę, Wyszydzając godność Jego prorocką, zakrywają Mu oczy, a bijąc Go przy tym, każą Mu prorokować, kto Go uderzył. Szarpią Go, plują i pastwią się nad Nim, jak tylko nieokrzesana i okrutna zgraja to potrafi. P. Jezus znosi to wszystko bez jednego słowa oburzenia, wszystko przyjmuje i ofiaruje Ojcu za nasze grzechy.

Wreszcie nad ranem, gdy się już zmęczyli okrutną zabawą, wtrącają P. Jezusa do jakiejś ciemnej komórki, gdzie miał doczekać świtu dnia, który miał być dniem. Jego śmierci, a zarazem dniem odkupienia ludzkości.

3. Został sam… Jakże strasznie zmęczony i wyczerpany, jak zupełnie opuszczony… I jedno tylko serce w całym świecie, choć z oddali współczuje z Nim w tej chwili… To Serce Jego Matki.

Drodzy moi! Złączmy się z tym współczuciem Matki Najśw. dla Tego sponiewieranego Zbawiciela naszego, co związany w ciemnym więzieniu oczekuje dnia, w którym zawiśnie na krzyżu za nasze grzechy i dla naszego zbawienia. Amen.

V. P. Jezus przed Piłatem – biczowanie – cierniem koronowanie – wyrok. 

1. Rozważaliśmy dotychczas, co P. Jezus wycierpiał w nocy z czwartku na piątek. Widzieliśmy Jego krwawy pot i konanie w Ogrójcu, zdradę Judasza i uwięzienie, policzek u Annasza; potworny niesprawiedliwy sąd Najwyższej Rady i zniewagi, jakie tam znosił; zaparcie się Piotra i cierpienia, których doznał przez okrutną igraszkę służby arcykapłańskiej. Zostawiliśmy Go wreszcie wtrąconego do ciemnicy, gdzie miał oczekiwać na ostateczne rozstrzygnięcie Rady i namiestnika cesarskiego.

Zaświtał wreszcie ranek piątkowy. Jak P. Jezus powitał ten rozpoczynający się dzień? To ostatni dzień jego doczesnego żywota. To ten dzień, o którym mówił: „Chrztem mam być ochrzczony, a jakże jestem ścieśniony, aż się wypełni” (Łuk. 12, 50). Dla tego dnia zstąpił z nieba, oczekiwał go z upragnieniem, bo to dzień, w którym dokonać się ma zbawienie ludzkości, uwolnienie jej od niewoli szatańskiej. To dzień, który ma więcej chwały przynieść Ojcu, niż Mu zniewag wyrządziły wszystkie grzechy ludzkie. Nie patrzy na to, ile cierpienia Jemu ten dzień przyniesie, ale tylko na chwałę Ojca i szczęście wieczne ludzkości. Toteż ofiaruje Ojcu w gorącej modlitwie wszystko, co go w tym dniu czeka, i ponawia swe zupełne oddanie się Jego woli: „Ojcze, nie jako ja chcę, ale jako Ty“.

Gdy tylko dzień się zrobił, zebrała się ponownie Najwyższa Rada. Choć wczoraj późno w noc obradowali, jednak nie szczędzą trudu wrogowie Chrystusa, aby Go zgubić. Jak często się to niestety i dziś widzi, że wrogowie religii i Kościoła więcej wykazują energii i zapobiegliwości w swej przewrotnej robocie, niż ci, którzy bronią lub powinni bronić spraw Bożych na ziemi.

Prawo zakonne nie pozwalało wydawania wyroków sądowych w nocy, więc wyrok wydany na P. Jezusa nie był prawomocny. Trzeba go było wydać ponownie za dnia. Postanowiono więc jeszcze raz przed Radą, ale była to już oczywiście tylko formalność, która nic nie zmieniała. Po krótkim przesłuchaniu wyrok śmierci już całkiem formalnie został wydany.

Ale teraz pozostawała na załatwienie bardzo niemiła dla Rady sprawa, a mianowicie uzyskanie zatwierdzenia wyroku śmierci przez namiestnika cesarskiego, Piłata. Dla tych dumnych przedstawicieli narodu wybranego było rzeczą niezmiernie upokarzającą, że muszą się udawać z prośbą o zatwierdzenie ich wyroku do jakiejś wyższej, i to pogańskiej władzy. Widocznym było, że ich władza się skończyła, a choć oni tego nie widzieli, było to jednak wyraźnym spełnieniem się jednego ze znaków przepowiedzianych przez proroków o przyjściu Mesjasza, — że On przyjdzie wtenczas, kiedy „berło od Judy będzie odjęte“, czyli kiedy naród wybrany będzie pod obcym panowaniem. Przez te zależności od obcej władzy pycha ich cierpiała niezmiernie, a to upokorzenie podniecało jeszcze ich nienawiść do P. Jezusa. A nienawiść ta była tak gwałtowną, że woleli już znieść upokorzenie, niż wyrzec się wykonania wyroku śmierci.

2. Poprowadzono więc związanego P. Jezusa do Piłata. Choć godzina była wczesna, to jednak na ulicach miasta, przepełnionego w tej chwili pielgrzymami, ruch już panował duży, i ten pochód Najwyższej Rady z uwięzionym P. Jezusem musiał zrobić wielkie wrażenie. Oto najwyżsi dostojnicy narodu idą do namiestnika, prowadzą jakiegoś więźnia. Co to się stało? Kogo prowadzą?

O ile starszyzna bała się tłumów, by przy uwięzieniu P. Jezusa nie doszło do jakich rozruchów, o tyle teraz zależało jej na tym, by te tłumy jak najgorzej dla P. Jezusa usposobić. Dlatego na wszystkie pytania nie żałują odpowiedzi. Ten, którego prowadzą, to Jezus z Nazaretu. Ten, co to chodził i nauczał i podawał się za proroka, czy też Mesjasza. Rada się niby przekonała, że to oszust i bluźnierca. Pochwycono Go wreszcie i skazano na śmierć, a teraz idą do Piłata po zatwierdzenie wyroku.

Oszczerstwo robi swoje. Każdy, kto to usłyszał, spieszy się tę nowinę oznajmić znajomym: „Słyszałeś? Jezus z Nazaretu uwięziony. Pokazało się, że to oszust, łotr, bluźnierca. Będzie stracony“. I wieść lotem błyskawicy rozeszła się po mieście, z rozmaitymi dodatkami, coraz nieprzychylniejszymi dla P. Jezusa. — Zapomina się o tym, z jakim uwielbieniem jeszcze niedawno słuchało się Jego nauk, nie pamięta się o Jego cudach, i dobrodziejstwach z Jego rąk otrzymanych Już za chwilę zbiera się przed pałacem namiestnika tłum, ale jakże różny od tego, który parę dni temu wołał: „Hosanna Synowi Dawidowemu!” Dzisiaj ci sami ludzie patrzą na P. Jezusa, ale z jakąż niechęcią, a po krótkiej agitacji starszyzny pośród zebranych rzesz, będą patrzyć na Niego wrogo, będą się domagać Jego śmierci. To skutek oszczerstwa i bezkrytycznego przyjmowania złośliwych pogłosek o bliźnich.

Kiedy pochód doszedł do pałacu starosty, starszyzna nie weszła do wnętrza, bo wejście do domu poganina, powodowało, wedle prawa nieczystość, którą trzeba było oczyszczać przez 7 dni, w czasie których nie można było przedsiębrać żadnych czynności rytualnych, A przecież dzisiaj zachodziła Pascha, więc nie mogliby spożywać wieczerzy paschalnej. Piłat, znając ich zwyczaje, wyszedł do nich na taras przed pałacem. Od tej chwili zaczyna się dla P. Jezusa niezmiernie bolesna i upokarzająca gra między Radą a Piłatem o wyrok śmierci.

Piłat nie był całkiem złym człowiekiem. Poganin i, jak wielu ówczesnych wykształconych pogan, niewierzący właściwie w nic, a przy tym zabobonny. Wychowany był w pojęciach wysoko stojącego prawa rzymskiego, które mu dawało pewne poczucie praworządności i sprawiedliwości. Żydów nie lubił i, jak na ogół ówcześni Rzymianie, którzy się uważali za panów świata, pogardzał nimi. Nie ma wcale zamiaru mieszać się w ich sprawy i spory religijne, których zresztą wcale nie rozumie. O P. Jezusie słyszał, bo Jego Imię, zwłaszcza po tryumfalnym wjeździe do Jerozolimy było głośne. Więc świadomy jest tego, że w tej sprawie, która teraz przychodzi przed jego trybunał, chodzi właśnie o taki spór religijny. Nie ma więc wcale ochoty iść na rękę Najwyższej Radzie i skazywać na śmierć człowieka dla takich niejasnych dla siebie powodów. Nie zawahałby się jednak przed wyrokiem śmierci, gdyby wyszło na jaw coś przeciwnego prawu rzymskiemu albo władzy cesarskiej. Ale jest przy tym człowiekiem słabego charakteru, dbały o swoją wygodę i nie chce się narażać na żadne nieprzyjemności, zwłaszcza na żadne oskarżenia przed wyższymi władzami w Rzymie. I właśnie ta słabość stanie się powodem niezliczonych cierpień P. Jezusa, a Jego samego ostatecznie zgubi.

Gra między Radą a Piłatem zaczyna się od tego, że Rada próbuje uzyskać potwierdzenie wyroku bez żadnego rozpatrzenia sprawy, okazując przez to lekceważenie władzy Piłata, jakoby jego zadaniem było tylko zatwierdzenie tego, co oni postanowili, a nie ocena słuszności ich postanowień. Dlatego na pytanie, jakie oskarżenie przynoszą przeciw temu człowiekowi, odpowiadają: „Gdyby ten nie był złoczyńcą nie przyprowadzilibyśmy Go do ciebie“. Czyli jakby mu mówili: Ciebie nic nie obchodzi, za co myśmy Go skazali, ty masz tylko zatwierdzić nasz wyrok…

Oczywiście, że Piłat ze względu na godność swej władzy na takie stanowisko zgodzić się nie może, a okazane mu lekceważenie musiało go tym gorzej usposobić dla Rady, a przez to życzliwiej dla P. Jezusa. Próbuje jednak całą sprawę oddalić, pozbyć się jej: „Osądźcie go więc sami według waszego zakonu“. Zaraz się jednak przekonuje, że to nie pójdzie, bo chodzi o wyrok śmierci. Decyduje jednak się więc przesłuchać P. Jezusa. Z wszystkiego jednak, co nam Ewangelie o tym przesłuchaniu zachowały, widocznym jest wyraźnie, że bada tylko jedną kwestię, mianowicie tę, która mogła stanowić poważny zarzut wedle prawa cesarskiego: Czy P. Jezus rzeczywiście ogłaszał się królem i chciał objąć władzę nad Narodem wbrew władzy cesarskiej. Wnet się przekonuje, że nie… Widzi więc, że nie ma podstaw do zatwierdzenia wyroku śmierci i oświadcza Radzie po krótkiej chwili, że żadnej winy w Nim nie znajduje.

Gdyby postępował konsekwentnie, powinien by P. Jezusa natychmiast uwolnić. Na to jednak nie ma odwagi, bo wie, że przez to naraziłby się na ostry konflikt z Radą, a to by mu było niewygodne, gdyż przecież on rządząc tym krajem, tej Rady i jej wpływu na ludność ciągle potrzebuje. Pokazało się jednak w ciągu przesłuchania, że P. Jezus pochodzi z Galilei, która nie była pod bezpośrednią władzą Piłata, ale zarządzał nią Herod, syn tego Heroda, który wymordował dzieci w Betlejemie. Aby się niemiłej sprawy pozbyć, chwyta się Piłat pozoru, że P. Jezus podlega władzy Heroda i odsyła z tą sprawą wszystkich do niego.

Ponowny pochód przez miasto na sąd Heroda. Opatrzność tak zarządziła, by P. Jezus stanął przed wszystkimi sądami, by się jasno wykazało, że żadnej winy udowodnić Mu nie można i że wyłącznym powodem Jego śmierci jest tylko Jego tytuł Syna Bożego.

Nie udało się Piłatowi pozbyć sprawy P. Jezusa, bo Herod zawiedziony w nadziei ujrzenia cudu zdziałanego przez P. Jezusa wyszydził Go tylko, a nie znajdując powodu do skazania, odesłał Go z powrotem do Piłata.

Broniąc się ciągle przed wyrokiem śmierci, Piłat chwyta się teraz innego środka, bardziej dla P. Jezusa upokarzającego. Na święta Paschy miał, wedle zwyczaju, ułaskawić i wypuścić z więzienia jednego ze skazanych złoczyńców. Wiedząc, że nie tyle lud, ile raczej Rada występuje przeciwko P. Jezusowi, ma nadzieję, że będzie się mógł oprzeć na zebranym tłumie przeciw żądaniu Rady. Zestawia więc P. Jezusa ze zwykłym zbrodniarzem, odsiadującym karę w więzieniu, jakby P. Jezus także już był za jakąś zbrodnię skazany, i zapytuje tłum: „Którego chcecie, żebym wam wypuścił, Jezusa czy Barabasza”. Nie obliczył się z tym, jak silnie już podziałała oszczercza agitacja Rady. Usłyszał bowiem odpowiedź: „Nie tego, ale Barabasza“.

Teraz coraz wyraźniej występuje słabość i niezdecydowanie Piłața. On, sędzia, który ma władzę i obowiązek wydać sprawiedliwy wyrok, zapytuje rozagitowany tłum: „Cóż tedy uczynię z Jezusem?” I całkiem niespodziewanie dla siebie słyszy: „Ukrzyżuj Go!”

Zawiódł się, ale nie daje za wygraną. Na wyrok śmierci wbrew sumieniu nie może się zdecydować, a tym mniej na uwolnienie P. Jezusa, zwłaszcza po tym wszystkim, co usłyszał od tłumu. Próbuje wybrnąć z sytuacji, unikając stanowczej decyzji, i w tym celu stosuje środek, ale już okrutny wobec P. Jezusa: karze Go ubiczować. Liczy na to, że przez straszne poniżenie, jakim było biczowanie, nasyci nienawiść Rady, a w tłumach widokiem Ubiczowanego obudzi litość tak, że przestaną się domagać Jego śmierci. Nad straszną niesprawiedliwością samego biczowania nie zastanawia się.

Zaprowadzono więc P. Jezusa na podwórze pretorium, zdarto z Niego szaty, przywiązano Mu ręce do słupa i dwóch żołnierzy poczęło siec Jego najświętsze ciało rzemiennymi, zakończonymi metalowymi ciężarkami, biczami. Już po krótkiej chwili bicze poprzecinały skórę i całe ciało Zbawiciela ociekło krwią.

Czyż można opisać to cierpienie P. Jezusa? Biczowanie było karą niezmiernie hańbiącą, stosowaną tylko dla niewolników i ostatnich zbrodniarzy. Więc sam fakt biczowania był dla P. Jezusa niezmiernym poniżeniem. Przy tym byla to kara nad wyraz bolesna, a tak ciężka, że nieraz się zdarzało, że ludzie pod biczami konali.

P. Jezus przyjmuje i znosi tę hańbę i cierpienia bez słowa skargi, z miłości do nas, by tym cierpieniem zadość uczynić Ojcu za nasze grzechy, zwłaszcza cielesne, nieczyste. — Ach, jak my łatwo do tych grzechów wracamy, szukając tylko chwili zmysłowej przyjemności, nie myśląc o tym, ile one Syna Bożego kosztowały. A czyż straszne poniżenie P. Jezusa w biczowaniu nie przedstawia nam hańby, jaką te nieczyste grzechy okrywają duszę ludzką nieśmiertelną, przeznaczoną do życia w niebie, kiedy ona się poddaje najniższym namiętnościom ciała? Niechże obraz P. Jezusa biczowanego nam to uświadomi, byśmy o tym pamiętali teraz, a nie musieli sobie tego przypomnieć dopiero na Sądzie, kiedy będzie za późno na żal i poprawę.

Żołnierzom jednak, przyzwyczajonym do krwi i okrucieństwa, nie dość było widoku cierpień P. Jezusa. Po wymierzeniu więc urzędowej kary, postanowili zabawić się jeszcze na swój własny rachunek, tym bardziej, że pewni byli bezkarności. Słyszeli, że temu człowiekowi zarzucano, iż chce się ogłosić królem żydowskim. Nasuwała się więc sposobność wyszydzenia tego królestwa. Znaleźli jakiś łachman czerwonego żołnierskiego płaszcza. Zdzierają z P. Jezusa szaty, zarzucają Mu na ramiona tę szmatę, w ręce związane wkładają kawałek trzciny, a na głowę plotą koronę z ciernistych gałęzi. Są więc niby znamiona władzy królewskiej: płaszcz purpurowy, berło i korona. Sadzają Go na kawałku słupa, jako na tronie i rozpoczyna się szyderczy hołd. Przyklękają przed Nim po kolei z pozdrowieniem: „Witaj królu żydowski“, a równocześnie uderzają Go w twarz, plują na Niego, wydzierają trzcinę z rąk i biją nią po koronie cierniowej. Jakże okropnie wyglądało oblicze P. Jezusa po chwili tej zabawy. Opuchnięte, zsiniałe, oplute, zalane krwią płynącą spod cierniowej korony. — Sprawdziły się dosłownie proroctwa Psalmisty: „Jam jest robak, a nie człowiek“ (21, 7) i Izajasza: „Widzieliśmy Go, a nie było na co spojrzeć“ (53, 2).

Teraz Piłat próbuje wykorzystać to straszne sponiewieranie P. Jezusa, by poruszyć do litości tłumy. Wyprowadza P. Jezusa przed pałac i pokazuje zebranym rzeszom ze słowami: „Oto człowiek”. Jednak i tym razem się zawiódł. Tłum, rozwydrzony jego niezdecydowaniem i agitacją faryzejską, odpowiada jednogłośnie: „Zgładź, zgładź, ukrzyżuj Go!” Pilat jeszcze raz próbuje spokojnej perswazji: „Cóż tedy złego uczynił?” Ale żadna spokojna argumentacja nie działała wobec ludzi uniesionych namiętnością. Słyszy ciągle to samo żądanie: „Ukrzyżuj!” Chwyta się szyderstwa: „Króla waszego ukrzyżuję!“ – Tu mamy przykład, jak strasznie namiętność zaślepia. Ci, którzy się zawsze chlubili, że nie uznają nad sobą innej władzy jak Bożą, odpowiadają na to szydercze odezwanie się przedstawiciela nienawistnej dla nich władzy: „Nie mamy króla, jeno cesarza!“ Gdzie nie ma uznania władzy Bożej, tam zawsze przychodzi tyrania ludzka.

Choć takie głośne wyznanie lojalności wymagało pewnych ustępstw z jego strony, Piłat jeszcze nie może się zdecydować na takie zgwałcenie swego sumienia, by człowieka, którego niewinność tylekroć stwierdził i ogłosił, skazać na straszną śmierć krzyżową. Ale teraz Rada widząc, że wszystkie użyte dotychczas środki, by Piłata skłonić do wydania wyroku, zawodzą – wytacza najcięższe swoje działo przeciw niemu: „Jeśli tego wypuścisz, nie jesteś przyjacielem cesarza“. Jest to groźba oskarżenia o nieprzychylność dla imperatora. Takie skargi były bardzo niebezpieczne i często powodowały utratę nie tylko urzędu, ale i życia. Na tę skargę Piłat narazić się nie chce. Ustąpił. Wydaje wyrok śmierci krzyżowej na P. Jezusa. Mając jednak pełną świadomość niesprawiedliwości wydanego wyroku, chce się niejako uniewinnić przed sobą i przed tymi, pod których naciskiem ustępuje. Każe przynieść wody i wobec całego tłumu umywa ręce ze słowami: „Nie jestem winien krwi tego sprawiedliwego! Wy się patrzcie“. A tłumy odpowiedziały: „Krew Jego na nas i na syny nasze!” Przyjęli odpowiedzialność za Krew Chrystusową.

3. Dochodziło południe. To wszystko, co się stało, było żniwem jednego poranka, żniwem zebranym przez pychę, zawiść i chciwość starszyzny żydowskiej, a słabość i wzgląd ludzki Piłata. Namiętność i wygodnictwo, czyli brak zdecydowanej woli — oto co i w nas zadaje tyle cierpień P. Jezusowi, co Go skazuje na śmierć w naszej duszy i to nie raz jeden. Dlatego patrząc na P. Jezusa stojącego między starszyzną żydowską a Piłatem, podziękujmy Mu gorąco, że zechciał tego ranka przyjąć na siebie wszystkie cierpienia za grzechy nasze, i obiecajmy Mu szczerze, że się już nigdy nie przyczynimy do Jego cierpień i nie skażemy Go na śmierć w naszych duszach przez jakikolwiek grzech ciężki. Amen.

VI. Przyjęcie Krzyża. – Droga Krzyżowa. – Ukrzyżowanie.

1. W naszych rozważaniach widzieliśmy P. Jezusa przed wszystkimi sądami najwyższych władz w Jerozolimie. Żadna władza nie umiała ustalić jakiegokolwiek zarzutu, prócz tego jednego, że ogłaszał się Synem Bożym. Zakończyliśmy poprzednie rozważania na potwornie niesprawiedliwym wyroku Piłata. Jedyny to wypadek w historii, że sędzia wydaje wyrok śmierci, a równocześnie ogłasza niewinność skazanego.

Najwyższa Rada osiągnęła swój upragniony cel. Teraz chodziło tylko o szybkie wykonanie wyroku, bo dochodziło południe, a do wieczora trzeba było wszystko skończyć, by móc z całym spokojem spożywać Paschę.

Zdzierają więc żołnierze z P. Jezusa szyderczą purpurę, w którą Go przy koronowaniu cierniem odziali. Rany biczowania, do których już szata przyschła, rozdzierają się na nowo, sprawiając P. Jezusowi dotkliwy ból. Krew najświętsza na nowo z nich obficie wypływa. Nakładają Mu Jego własne szaty i wynoszą ze składu krzyż.

2. Jakie uczucia wzbudził w Sercu P. Jezusa widok tego narzędzia cierpienia i hańby? P. Jezus panował nad swoimi uczuciami najzupełniej, tak że żadne poruszenie nie mogło powstać w Jego sercu czy umyśle, bez Jego zgody. Czy pozwolił teraz na podobne, jak w Ogrójcu, poruszania wstrętu i obawy, jakie się budzą naturalnie w duszy ludzkiej wobec zbliżających się cierpień i śmierci? Ewangelie o tym milczą, ale przypuścić możemy, że tak, bo chciał cierpieć całkiem po ludzku i jak najwięcej, żeby jak najhojniej zadość uczynić Bogu Ojcu za nasze grzechy.

Na pewno jednak powiedzieć można, że wolą swoją przyjmował krzyż chętnie i radośnie. Widzi w nim narzędzie, przez które odda Ojcu najwyższą chwałę, większą, niż Mu może oddać cały świat stworzony, niebieski i ziemski… Więc na widok krzyża powtarza swoją modlitwę z Ogrójca: „Ojcze, nie moja, ale Twoja wola niech się stanie”.

Wyprowadzono z więzienia dwóch, już dawniej skazanych łotrów, i tak P. Jezusowi, jak i im nałożono na ramiona krzyż. P. Jezus był niezmiernie wyczerpany cierpieniami, jakie przez całą prawie noc i cały ranek przechodził, więc tym bardziej odczuwał ciężar krzyża. Ciężka belka wpija się w poszarpane przez biczowanie ramiona. Trąca ciągle o koronę cierniową, której kolce głębiej się wbijają i powiększają rany na głowie.

Uformował się pochód. Na przodzie niosą żołnierze wyroki skazanych, za nimi w otoczeniu zbrojnej straży idzie P. Jezus w towarzystwie zbrodniarzy, dźwigając ciężki krzyż. Tłum zebrany przed pałacem starosty ruszył za nimi. Przyłącza się do niego masa przechodniów z ulic miejskich.

Jak różne uczucia budzi widok P. Jezusa, niosącego krzyż wśród towarzyszących Mu w tej chwili tłumów. Jedni spoglądają zupełnie obojętnie na cały pochód mówiąc: „Znowu jakichś skazańców prowadzą“. — Inni patrzą wrogo. Agitacja faryzejska swoje zrobiła: „Patrzcie, to ten, co chciał uchodzić za Mesjasza, chciał swoje reformy tu wprowadzić. Nie potrzeba nam takich reformatorów. Dobrze, że z nim skończyli“. — Wielu z tych, co słuchali Jego nauk i wierzyli w Niego, teraz patrzy na Niego ze współczuciem, ale zupełnie bez wiary. Powiadają podobnie, jak później uczniowie idący do Emaus: „A myśmy się spodziewali, że On miał odkupić Izraela”. Nawet niewiasty, które Mu towarzyszyły w Jego nauczycielskich wędrówkach i teraz okazują Mu gorące przywiązanie i współczucie w cierpieniach, ale także nie umieją wcale zrozumieć Jego ofiary i jej doniosłości. Dlatego też P. Jezus przyjmując życzliwie objawy ich współczucia napomina je i poucza: „Nie płaczcie nade mną, ale nad sobą i synami waszymi, bo jeśli na zielonym drzewie to czynią, to cóż na suchym będzie?”

A jak bolesnym echem odbijały się te nastroje, a nieraz i głośne uwagi w sercu P. Jezusa? Tyle Jego pracy, tyle wysiłków poniesionych w czasie trzechletniego nauczania idzie na marne. Ziarno wiary, które tak gorliwie siał w te dusze i które już zaczynało wschodzić, teraz przy pierwszej próbie, na widok Jego cierpień, zaczyna usychać i marnieć. To, co powinnoby najbardziej ludzi do Niego zbliżyć, to ich od Niego oddala. I tylko jedno serce idzie na Nim wierne, niezachwiane, ale jakże bezgranicznie zbolałe – to Serce Jego Najśw. Matki. A choć w tym strasznym opuszczeniu swoim znajduje P. Jezus pociechę w miłości, wierze i stałości Matki Swojej, to jednak jej ból jest też Jego bólem i przyczynia się niemało do powiększenia cierpienia.

A jak było wtenczas, tak jest i dzisiaj. Jak mało jest ludzi, którzy by mieli zrozumienie dla cierpień Chrystusowych? którzy by zdawali sobie sprawę z wielkości Jego ofiary w przyjęciu i dźwiganiu krzyża, z tego bezdennego poniżenia, jakie z krzyżem przyjął na siebie. A o ileż mniej takich którzy by Mu chcieli w cierpieniu i poniżeniu towarzyszyć! Starajmyż się gorącym współczuciem i miłością wynagrodzić Mu oziębłość, z jaką się spotyka na świecie, bo przecież za nas i dla nas to wszystko cierpiał.

3. Siły fizyczne P. Jezusa poczęły się jednak szybko wyczerpywać. Tyle przecierpiał, tyle krwi utracił, że na dźwiganie krzyża już tych sił nie stało. Choć Ewangelie tego szczegółu nie podają, to jednak w pobożnej pamięci wiernych zachowała się tradycja, że P. Jezus trzy razy pod ciężarem krzyża upadał na drodze kalwaryjskiej. Jak strasznie bolesnymi musiały być te upadki, przy których krzyż Go przygniatał, korona cierniowa darła skronie, rany na całym ciele na nowo się otwierały, a żołnierze biciem i kopaniem przynaglali do powstania.

Wyczerpanie P. Jezusa wzbudziło w żołnierzach obawę, że umrze w drodze, nim dojdzie na miejsce stracenia. A że byli odpowiedzialni za wykonanie wyroku, więc nie z jakiejś litości, ale wyłącznie z obawy przed odpowiedzialnością chwytają po drodze idącego człowieka Szymona z Cyreny i zmuszają go, mimo jego oporu, do niesienia krzyża za P. Jezusem. I to jest uderzające, że P. Jezus, który dotychczas całkiem sam znosił wszystkie cierpienia, teraz, kiedy chodzi o niesienie krzyża, przyjmuje pomoc od spotkanego na drodze człowieka. Nietrudno dopatrzyć się w tym nauki, że P. Jezus chce, by człowiek niósł krzyż z Nim razem. To jakby potwierdzenie Jego słów: „Kto chce być uczniem moim, niech zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój na każdy dzień i niech przyjdzie i naśladuje mnie”. On wziął krzyż na swoje barki za nas, ale nie chce go nieść bez nas. My musimy mieć udział w niesieniu krzyża, jeżeli chcemy, by krzyż P. Jezusa stał się dla nas zbawiennym.

4. Wreszcie stanął P. Jezus na szczycie Kalwarii, gdzie miało się dokonać zbawienie świata. Tu przygotowania już niedługo trwały. Zdarto ponownie szaty z P. Jezusa, które wedle prawa stawały się własnością wykonywujących wyrok żołnierzy. Tak Pan i Władca całego świata wyzbywa się dla nas wszystkiego. Rodzi się w stajni, a umiera nagi. Jak nam to powinno przypominać, byśmy nie przywiązywali serca do tych wszystkich dóbr doczesnych, które w chwili śmierci i tak będziemy musieli opuścić.

Podano P. Jezusowi wino zaprawione odurzającymi środkami, które miało nieco łagodzić cierpienia na krzyżu. P. Jezus skosztował wprawdzie, by okazać, że wdzięcznie przyjmuje przysługę, ale pić nie chciał, bo chciał znieść w całej pełni cierpienia Męki swojej.

Nie będę się starał opisać cierpień samego krzyżowania, bo tego żaden język ludzki nie jest w stanie wyrazić. Cóż to więc musiał być za ból, gdy wielkie gwoździe pod uderzeniami młota rozdzierały ciało rąk i nóg Zbawiciela, rwały ścięgna, wciskały się między kości. A jak potwornie się ten ból spotęgował, gdy dźwignięto krzyż i cały ciężar ciała zawisnął na ranach. My, kiedy nas coś boli, to staramy się jakimś drobnym ruchem, zmianą pozycji przynieść sobie choć drobną ulgę. Ale na krzyżu przeciwnie, każdy najmniejszy ruch sprawia jeszcze większe i straszniejsze cierpienia, które się potęgują niezmiernie z każdą chwilą. Nawet głowa nie może znaleźć tej małej ulgi, jaką by było oparcie jej o drzewo krzyża, bo cierniowa korona do tego nie dopuszcza. Do niewypowiedzianego bólu dołączyło się jeszcze ogromne pragnienie, spowodowane upływem krwi i osłabieniem.

Gdy P. Jezus wyraża to cierpienie słowem: „Pragnę“, żołnierze przyciskają Mu do ust spieczonych gąbkę namoczoną w occie. Bezmyślny, ale jakże okrutny żart! — Takim octem, którym ludzie poją cierpiącego Zbawiciela, jest nasza lekkomyślność w traktowaniu spraw naszego zbawienia, za które P. Jezus cierpi. Zamiast poważnego wysiłku woli w pracy nad zbawieniem, którego P. Jezus oczekuje i pragnie od nas, my oddajemy Mu płochość, chęć zabawy i rozrywki, jakże często grzesznej. A czyż nie spotyka się ludzi, którzy nieraz odnoszą się wprost lekceważąco do Męki P. Jezusa, jak ci żołnierze, podający Mu ocet? Nie wolno nam być lekkomyślnymi czy bezmyślnymi tam, gdzie chodzi o dusze nasze, bo za ich zbawienie Chrystus tak strasznie cierpiał na krzyżu!

Trzy godziny, długie jak wieki, cierpi P. Jezus na Krzyżu. Ale jak cierpi? — Często można spotkać ludzi, którzy w cierpieniu zasklepiają się egoistycznie w swoim bólu, nic poza nim nie widzą, nie są zdolni zainteresować się niczym poza sobą. Całkiem inaczej znosi swą Mękę P. Jezus. Jego Serce, przepełnione miłością, myśli przede wszystkim o drugich. Pierwsze Jego słowa są modlitwą do Ojca o przebaczenie dla katów: „Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią“.

Co za bezdeń miłości i miłosierdzia! Jakże i my musimy być wdzięczni P. Jezusowi za tę modlitwę, bo przecież i my przez grzechy nasze mamy udział w ukrzyżowaniu. – Więc i za nas tę modlitwę P. Jezus ofiarował.

Jezus patrząc z krzyża widzi u stóp jego tylko jednego z uczniów swoich. Innym zabrakło odwagi i siły, by Mu towarzyszyć w cierpieniu. Nie zapomina o nich. Widzi, jak im potrzeba opieki i pociechy, i dlatego oddaje w opiekę Matce Najśw. w osobie św. Jana ich wszystkich, a z nimi całą ludzkość, za którą cierpi: „Niewiasto, oto syn Twój . — Pamięta też Jezus, że Matce, którą teraz opuszcza, potrzebna będzie na ziemi opieka i ostoja, więc Ją oddaje św. Janowi: „Oto Matka Twoja“. Ale jak w poprzednich słowach całą ludzkość oddał Matce swej w opiekę, tak w tych ostatnich wyraża polecenie dla całej ludzkości, by w Matce Najśw. widziała, uznawała i miłowała Matkę swoją.

Mimo cierpienia nie uchodzi Jego uwagi pokorna prośba nawróconego łotra: „Wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do królestwa twego“ trafia do Jego miłosiernego Serca. I ten nawrócony zbrodniarz słyszy odpowiedź: „Dziś jeszcze będziesz ze mną w raju”.

Cierpienie i upływ krwi wyczerpały siły P. Jezusa do ostatka, i nadchodziła chwila, przewidziana od wieków przez Opatrzność Bożą, w której śmiercią swoją miał dopełnić ofiary za odkupienie ludzkości. Ale nawet w tych ostatnich chwilach nie o sobie myśli P. Jezus, ale o dziele zleconym Mu przez Ojca. Robi jakby przegląd tego dzieła, którego dokonał, i widzi, że w nim nie brakuje już niczego. Że wypełniły się wszystkie proroctwa i że nic nie stoi na przeszkodzie, by cała ludzkość mogła czerpać zbawienie ,,ze źródel Zbawicielowych”. Widząc to, jakby z westchnieniem ulgi oznajmia to światu: „Wypelniło się!” Teraz może już pozwolić duszy Swej odejść do Ojca, więc z dziecięcą ufnością zwraca się do Ojca słowami: „Ojcze, w ręce Twoje polecam ducha mego“. I odeszła dusza Syna Bożego na łono Ojca, a martwe ciało zostało na krzyżu. Dawca życia umarł, poddał się dobrowolnie śmierci, aby nas ożywić.

Ta śmierć dobrowolna P. Jezusa na krzyżu, to cena naszego zbawienia. Na to, żebyśmy mogli radować się wiecznym szczęściem, On oddał Ojcu wszystko: Przez zupełne ubóstwo wyrzeka się wszystkich dóbr doczesnych: przez cierpienie moralne i fizyczne oddaje Mu całą swą naturę ludzką, wreszcie, samo życie swoje poświęca na krzyżu.

Dlaczego? Tylko dlatego, że nas umiłował. I chciał, żebyśmy to wiedzieli, żebyśmy poznali, skąd ta niepojęta ofiara Jego pochodzi… I dlatego dopuścił, że żołnierz, już po Jego śmierci, przebił włócznią bok Jego i otworzył Najśw. Serce. Ta włócznia skierowana ku Sercu Jezusowemu, stercząca jak wskazówka pod krzyżem, zwraca nasz wzrok ku temu Sercu, a więc do Jego miłości, jako do źródła, z którego płynie Jego ofiara i nadzieja naszego zbawienia i wiecznego szczęścia.

A czegóż to Serce Jego, tak nieskończenie miłujące, oczekuje od nas za tę nieskończoną miłość i ofiarę? Niczego, prócz miłości. Za miłość – tylko miłością odpłacić się można.

Więc nie skąpmy Mu tej miłości. Pamiętajmy zawsze, że największym naruszeniem miłości, wyszydzeniem tej najświętszej Ofiary jest grzech, albowiem grzechy nasze są przyczyną cierpień i śmierci Zbawiciela. Więc postanówmy i obiecajmy Jezusowi szczerze, że nigdy dla jakichś zachcianek nie odpłacimy Mu się taką straszną niewdzięcznością, nie sponiewieramy przez grzech Jego Ofiary, Dziękujmy Mu gorąco za wszystko, co dla nas wycierpiał, i powtarzajmy z całego serca: „Uwielbiamy Cię, Chryste, i dziękujemy Tobie, żeś przez Krzyż Twój święty odkupić świat raczył; zaś za cenę Męki, Krwi i Śmierci swojej otworzył nam bramy wiecznego zbawienia. Amen.

VII. Krzyż.

Na wzgórzu nad Jerozolimą stanął Krzyż. Kreślił się twardą linią na nieboskłonie ponad świątynią, ponad gmachami miasta. Czołem sięgał ku niebu, a ramionami rozpościerał nad ziemią, jakby z nieba czerpał moc, by ziemi błogosławić. I odtąd wyrósł na tle nieba nad skałami Golgoty, już nigdy nie miał zejść z horyzontu ludzkości. 

Wyrósł? Wszakże postawili go ludzie. Postawiła go potworna zbrodnia nienawiści, zazdrości i pychy ludzkiej, postawiło go kłamstwo, fałsz, obłuda i oszczerstwo. Tak! Postawili go ludzie, to prawda, ale żadna siła ludzka nie mogłaby go postawić, gdyby on nie wyrósł z Serca Jezusowego. 

Krzyż Chrystusowy wyrasta z miłości, jak drzewo z korzenia. Nierozdzielnie z tą miłością złączony. Przez nią ze znaku hańby i śmierci staje się drzewem życia i chwały. Przez nią czerpie z Serca Jezusowego soki żywotne i żyje i rośnie i ramionami obejmuje świat cały i rodzi owoce na pokarm ludzkości. Pokarm na życie wieczne.

Ale dlaczego miałby Krzwyrastać z miłości? Bo Krzyż to ofiara, a ofiara jest owocem miłości, – powiedział Pan Jezus ”nikt nie ma większej miłości nad tę, żeby kto dał duszę swoją za przyjacioły swoje”. Miłość to nie piękne słowa, nie samo uczucie, miłość to wola, wola poświęcenia się dla tego, kogo się miłuje. Im większa miłość, tym większa gotowość poświęcenia, a zdolność poświęcenia jest miarą miłości. I dlatego Krzyż wyrasta z miłości, bo Chrystus umiłowawszy ludzkość, chciał się poświęcić dla jej zbawienia i poświęcił się aż do końca, do najwyższego szczytu ofiary, do śmierci krzyżowej. 

Obrał sobie krzyż na łoże śmiertelne, aby mieć zawsze ramiona otwarte dla wszystkich ludzi, by one nawet po Jego śmierci mówiły: Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy pracujecie i obciążeni jesteście, których przygniotła troska i cierpienie, którzy wśród ludzi nie znajdujecie sprawiedliwości, ani współczucia, wy nawet których zbrodnie oddzieliły od Boga, wy wszyscy pójdźcie do mnie, pójdźcie ufnością w moje otwarte przez Krzyż ramiona, a ja was nimi ogarnę, oczyszczę was w płomieniach Serca mego, napoję was krwią moją serdeczną, nakarmię ciałem własnym, dam wam moc nadludzką i dźwignę was aż w nieskończone wyżyny, do tronu samego Boga.

Obrał sobie Krzyż na ołtarz ofiarny, by prawica Sprawiedliwości Bożej, mająca spaść na ludzkość strasznym brzemieniem kary, trafiła na ten Krzyż Jego, sterczący nad ziemią i na nim się zatrzymała. I trafiły w ten Krzyż gromy gniewu Bożego niepojętym cierpieniem, ale oszczędziły ukochaną przez Niego ludzkość. 

Obrał Krzyż, by przepojony krwią własną położyć go jako most nad bezdenną przepaścią, jaką grzech wykopał między niebem a ziemią, między Bogiem a człowiekiem, aby człowiek idąc za śladami krwi Jego, mógł ponad przepaścią bezpiecznie przejść do szczęścia wiecznego. 

I dlatego, że krzyż wyrasta z miłości Serca Jezusowego, nie wyrósł on nagle na Kalwarii. On na Kalwarii zakwitł purpurowym kwiatem krwi Zbawiciela, ale rósł w Jego Sercu od pierwszego tchnienia Jego życia na ziemi, od pierwszego uderzenia Jego Serca, bo już to pierwsze uderzenie było tętnem miłości. 

Krzyż Mu przyświeca przez nędzę i opuszczenie stajenki Betlejemskiej, cień krzyża leży na progu cichego Domku Nazaretańskiego, jawi Mu się w długich godzinach modlitwy. O krzyżu mówi w tej krótkiej chwili objawienia swej chwały uczniom na Taborze, przepowiada go wielekroć Apostołom w swych naukach. Zlany krwawym potem w Getsemane w niepojętej męce duchowej, ofiarowuje Go Ojcu na zadośćuczynienie za grzechy ludzkie. Wreszcie bierze go przed pałacem starosty na ramiona, podarte biczami, by dopełnić na nim ofiary pojednania Boga z człowiekiem na Kalwarii. 

I miłość Zbawiciela dla ludzkości tak się zespoliła z Krzyżem, że nawet w triumfie swej chwały nie chce o nim zapomnieć. Wynosi z grobu i bierze z sobą do nieba blizny ran krzyżowych, jako niezatarte ślady swej ofiary, którą z miłości do ludzi poniósł, która na wieki rozbrajać będzie straszną sprawiedliwość Bożą. 

Tak więc, choć Krzyż na Kalwarii postawili ludzie, postawili Go przez grzechy i zbrodnie, to jednak nie własną mocą Go stawiali, ale mocą miłości Serca Jezusowego. Dlatego też nie można zrozumieć Krzyża Chrystusowego nie rozumiejąc Jego miłości. Nikt nie zrozumie tajemnicy Krzyża, kto nie potrafi spojrzeć przez ranę z boku Jego i nie zobaczy Serca Jego gorejącego ogniem miłości. 

Jak niegdyś ogień spadający z nieba spalił ofiarę proroka Elizeusza, tak ten ogień Serca Jezusowego zstąpił z nieba, by spalić na ołtarzu Krzyża tę najdoskonalszą Ofiarę w cierpieniu i śmierci Syna Bożego. Ten ogień miłości z nieba pochodzi, bo chociaż to miłość ludzkiego Serca Pana Jezusa, to jednak On tę miłość swoją czerpie z tajemniczych głębin swej natury Boskiej. Jej początkiem i prawzorem jest ta miłość przedwieczna, o której sam Duch Św. powiada: „Miłością wieczną umiłowałem cię…”, która odrzucona haniebnie przez grzech człowieka, zapowiedziała mu jednak przebaczenie i ratunek. 

Ale pomimo całej miłości Bożej dla człowieka, jednak sprawiedliwość Jego domagała się koniecznie zadośćuczynienia za sponiewieranie Jego miłości przez grzechy ludzkie. I tu dopiero objawia się pełnia nieskończonej miłości Boga, bo jak powiada sam Pan Jezus: „Tak Bóg umiłował Świat, że Syna swego dał, aby świat był zbawion przezeń” i jak śpiewa Kościół z podziwem w hymnie uwielbienia we Wielką Sobotę: „Ut servum redimeres, Filium tradidisti, abyś sługę odkupił, Syna ofiarowałeś”. 

Prawdziwie niewypowiedziana i odwieczna miłość. Niewypowiedziana, bo na zniewagę, na sponiewieranie i lekceważenie odpowiada ofiarą niepojętą: odwieczna, bo wszakże Bóg przed stworzeniem świata, przed stworzeniem człowieka, wiedział co Go od tego człowieka czeka, a jednak stworzył go, bo go umiłował. Z tej więc nieskończonej miłości Bożej czerpie swoją miłość Serce Zbawiciela. 

To Serce Zbawiciela jest wprawdzie Sercem człowieczym, ale kiedy człowiek jest stworzony na obraz i podobieństwo Boże, to czyż mogło być serce, w którym się ten obraz Boży lepiej odbijał, jak Serce Syna Bożego, złączone nierozdzielnie z naturą Bożą? Więc też i miłość Boża dla ludzi odbija się w tym Sercu doskonale i Ten, który jako Bóg ofiarował się przed wiekami na odkupienie ludzkości, teraz w naturze swej ludzkości spełnia tę ofiarę, bo tę ludzkość miłuje. A miłuje ją tak, jak tylko On jeden mógł miłować, bo łącząc w sobie naturę Boską i ludzką miłuje ją odwieczną miłością Boga i najdoskonalszą miłością człowieka. I z tej podwójnej miłości wyrasta Jego ofiara, wyrasta Krzyż na Kalwarii. 

Ile Go ta ofiara kosztowała, to rozważaliśmy w czasie postu w kazaniach pasyjnych. Dziś stojąc przed Krzyżem Jezusowym wraz z Matką Jego Bolesną wspomnijmy sobie pokrótce, czym On za nasze grzechy zapłacił. Popatrzmy na Jego pochyloną, cierniem ukoronowaną głowę, spójrzmy na Jego cieniem śmierci zachodzące oczy. One patrzą w serca nasze. Szukają w nich iskierki współczucia. One tak bardzo pragną znaleźć w nich oddźwięk miłości, która płonie w Jego Sercu. Tylko miłość serc naszych przyniesie Mu ulgę w tej męce konania na krzyżu, bo tylko ona da Mu zapewnienie, że ta ofiara Jego nie jest na próżno.

Czy znajdzie ten oddźwięk? Czy znajdzie miłość, która na Jego ofiarę odpowie ofiarą? Jaką ofiarą? Przynajmniej tą, która wyrzeka się grzechu, za który na krzyżu umiera. Chyba Mu jej nie odmówimy. Nie, my Mu nie odpowiemy: Konaj sobie na krzyżu, to mnie nic nie obchodzi, ja się dla Ciebie nie wyrzeknę niczego, pójdę własną drogą – na zatracenie. Nikt z nas Mu tak odpowiedzieć nie zechce – na nieme zapytanie bezgranicznie smutnych oczu Jego.

Niechże więc odtąd te serca nasze odpowiedzą pełną miłością na Jego miłość i ofiarę. Niech żadna pokusa nie potrafi oderwać ich od tej Miłości. Więc, żeby je zabezpieczyć, oddajmy je w opiekę Matki Najświętszej, tak strasznie bolejącej pod krzem Syna. Prośmy ją przez te boleści, by Ona serca nasze strzegła jako własność Syna odkupioną Jego męką i ofiarą by się w nie nie wdarło nic, co by mogło tę cenę Jego ofiary zniweczyć: I za Jej przyczyną ofiarujmy serca nasze Zbawicielowi na krzyżu z gorącą prośbą: Serce Jezusa proszę najgoręcej spraw niech Cię kocham, kocham coraz więcej. 

Amen.

Ks. Paweł Dzieduszycki TJ. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  1.  Śladami Skargi. Kazania i szkice księży Towarzystwa Jezusowego. Tom VI. Okres wiosenny, s. 122-156.
  2. Anna i Tadeusz mieli siedmioro dzieci: Różę (1880-1964), Pawła (1881-1951), Klementynę (1883-1968), Włodzimierza (1885-1971), Stanisława (1888-1960), Marię (1893-1918) i Kazimierza (1899-1924).