List Włodzimierza Dzieduszyckiego do kuzyna Stanisława Cieńskiego

Stanisław Cieński historię swojej rodziny zaczął spisywać wiele lat po II wojnie światowej. Pierwszymi czytelnikami jego wspomnień były najbardziej zaufane osoby z kręgu rodzinnego.

W liście z 1963 roku Włodzimierz Dzieduszycki (1885-1971) chwalił swojego kuzyna Stanisława Cieńskiego (1898-1993)1. za szczerość i prawdziwość Wspomnień, które ten mu podsyłał z Krakowa do Warszawy tom po tomie.

LIST WŁODZIMIERZA DO STANISŁAWA, 1963 rok:

Stachu kochany, 

W załączeniu odsyłam Ci V tom „Wspomnień” i bardzo serdecznie dziękuję za użyczenie mi ich do przeczytania. Czyta się je z wielkim zainteresowaniem. Po przeczytaniu każdego rozdziału zupełnie miałem wrażenie, żeś Ty mi to sam opowiadał. Tak żywo wszystko to opisane i wszędzie tam gdzie piszesz o Polsce, czy swoich najbliższych, o rodzinie, o tym, co każdemu z nas bliskie, tak w to wkładasz uczucia, że naprawdę przestaje to być słowem pisanym, a staje się słowem żywym, wprost z serca się odzywającym. Możliwie, że będąc sobie bliskimi nie tylko już krwią, ale i wspomnieniami, wychowaniem i tradycją, bliscy też sobie jesteśmy uczuciami i dlatego może ja żywiej to wszystko odczuwam niż by to odczuwał obcy czytelnik. Ale, gdyby to nie było przez Ciebie tak bardzo żywo ujęte, to właśnie ta bliskość naszych pokoleń i naszych tradycji zaraz by się na jakąś oschłość, czy brak serdeczności obróciła. Więc nie tylko uczuciowo, ale i zupełnie obiektywnie mogę powiedzieć, że przeczytałem pracę bardzo szczerą i bardzo prawdziwą.

Co do różnych szczegółów, to wiele z nich znałem już dawniej z opowiadań w rodzinie i od Ciebie, ale dopiero obecnie miałem to wszystko, wszystkie Twoje przejścia ujęte w całość.

Coś Ty biedaku namęczył się, nacierpiał, z jakich tarapatów w służbie Polsce się wydobyłeś, z pewnością z Łaską Boską, ale Twojej energii, odwadze i nie raz bardzo szybkiej orientacji i determinacji też wiele zawdzięczasz, że dziś jeszcze żyjesz wśród nas! W każdym razie nie darmo zdobyłeś swój Krzyż Virtuti Militari!

Bardzo Ci dziękuję raz jeszcze najserdeczniej za użyczenie mi tych 5-ciu tomów. Ale co będzie z tomem VI i z następnymi? Czy je w ogóle piszesz? Kiedy możemy się spodziewać je zobaczyć? Byłoby niewybaczalnym błędem, gdybyś na tym poprzestał i nie znalazł dosyć sił do kontynuowanie rozpoczętego, a tak wartościowego dzieła. Bo w tym co przeczytałem, główny nacisk położony jest na Twoją służbę Polsce w wojsku, kiedy z bronią w ręku broniłeś w trzech wojnach dopiero co odzyskanej Wolności i Całości Ojczyzny, a którą to walkę w ostatniej wojnie przypieczętowałeś własną krwią, dobrowolnie, z własnej woli zaciągnąwszy się na front bojowy.

Jednak i w czasie pokoju, między wojnami też pracowałeś nie tylko jako „przeklęty kapitalista, wstrętny obszarnik” dla napełnienia własnej torby, ale wiem dobrze, że kroczyłeś w ślady Twego niezapomnianego Ojca w pracy społecznej i narodowej, wraz w Twoją Żoną na Kresach naszych, żeście nie próżnowali i oboje z ofiarnością społecznie pracowali. Więc dla Waszych potomków, dla których przecież głownie piszesz i ten okres życia Waszego jest ważny i masz przed nimi obowiązek z tego czasu zdać rachunek, jeśli mają o Was i całej naszej generacji mieć właściwe, prawdziwe pojęcie. Pamiętaj o tym i wyciągnij z tego właściwy wniosek!

Pisz więc kochany Stachu dalej Twoje „Wspomnienia” i niech one jak dotychczas krążą wśród rodziny, znajomych i dają prawdziwy obraz jakim Ty i my byliśmy. Wspomnienia te nie są tylko Twoimi wspomnieniami, ale również i naszymi, naszych rodów, naszych czasów. Są wspomnieniami tego co było, co minęło i …. czy ja wiem? Chyba już nie wróci, nawet w zmienionej formie. Może tak i lepiej, świat musi iść nowymi torami, co jakiś czas przechodzić wielkie i przełomowe wstrząsy.  Inaczej byłby jakiś marazm, jakiś zastój, a my, którzyśmy tyle mieli do czynienia z przyrodą wiemy, że wszelki zastój to zapadanie w bagno i koniec żywej, zdrowej rośliny. A że tym generacjom, którym przyszło żyć w chwilach, czy raczej czasach takich wielkich przełomów, życie nie jest idyllą, na to nie ma rady. Każde rodzenie jest bolesne.

Dobrze jednak jest, by to nowe po nas obejmujące życie pokolenie wiedziało, jaką była nasza przeszłość, cośmy musieli przeżyć, a Ty bezmiernie przecierpieć, by oni mogli tę nową ludzkość tworzyć. A te Twoje „Wspomnienia” to jedno więcej źródło do tego ich poznania naszej, a równocześnie i to podkreślam ich przeszłości.

Nie bierz mi za złe Stachu Kochany, żem się tak rozpisał, rozfilozofował, ale to Twoja wina! Gdyby te Twoje „Wspomnienia” nie były tak napisane, jak są, to by nie wzbudziły we mnie tylu uczuć, tyle refleksów. Więc raz jeszcze dziękuję za danie mi możliwości przeczytania ich, a pamiętaj, że ja już stary i że mi już nie długo chyba wiekować na tym świecie, więc jeżeli chcesz mi zrobić ogromną przyjemność, bym i Twoje „pokojowe” „Wspomnienia” przeczytał, to nie zwlekaj z pisaniem.

Ściskam Cię Stachu Kochany

Twój

Włodek2.

Po latach te krążące po rodzinie tomy przybrały postać książki Zamykam oczy i widzę, która ukazała się w 2015 roku już po śmierci jej autora3We wstępie Stanisław Cieński napisał, że zawsze żałował, że jego przodkowie nie opisali przygód ze swojego życia, dlatego sam podjął się tego zadania: Nie chcąc podobnego błędu popełnić, spróbuję spisać przeżycia własne lub co ciekawsze zasłyszane od bliskich, które by zobrazowały czasy, stosunki, ludzi, jednym słowem epokę, która minęła już bezpowrotnie, ale która godna jest, by została prawdziwie opisana dla młodego pokolenia, żyjącego w tak przecież diametralnie innych warunkach i stosunkach.

Poniżej prezentujemy wspomnienie Stanisława o dziadku Włodzimierzu:

Henryk Rodakowski, Portret Włodzimierza Dzieduszyckiego

 Dziadek Włodzimierz, mając zaledwie dwadzieścia dwa lata, po śmierci swe go ojca odziedziczył olbrzymią fortunę. 20 września 1853 roku poślubił we Lwowie Alfonsynę Miączyńską, kończącą w tym dniu siedemnaście lat. Babcia była sławnej piękności młodziusieńką panną, jedynaczką, która również odziedziczyła po rodzicach niemały majątek. Dwa lata później dziadek kupił we Lwowie przy ulicy Kurkowej 15 pałac, zwany potem Pałacem Dzieduszyckich.

Dziadek ze zbiorów swego ojca i dzięki swej od młodości mrówczej pracy zgromadził największy w Polsce zbiór fauny i flory pochodzącej z ziem dawnej Rzeczypospolitej. Poza tym w skład założonego przez dziadka Muzeum Przyrodniczego im. hr. Dzieduszyckich we Lwowie wchodził ogromny dział geologiczny, ceramiczny, etnograficzny i numizmatyczny. Zbiory te zostały w roku 1880 umieszczone w specjalnie na ten cel zakupionym dwu piętrowym budynku przy ulicy Trybunalskiej. Tu dziadzio miał też swój pokój, w którym nieraz całymi tygodniami mieszkał, nie udając się na Kurkową, gdzie panowało zawsze ożywione życie rodzinne i towarzyskie, które przeszkadzało mu w pracy.

Ale nie na założeniu muzeum kończyła się praca dziadka dla kraju. Celem jego i dążeniem było podniesienie wszystkiego, co mogłoby przyczynić się do rozwoju nauk i sił wytwórczych Polski. Był on założycielem Wyższej Szkoły Lasowej we Lwowie i wielu szkół przemysłu krajowego. W 1894 roku zorganizował pierwszą wystawę krajową, której zresztą też przewodniczył.

Również na niwie politycznej dziadkowi przyświecała ta sama myśl przewodnia. Im wyższe zajmował stanowiska, tym łatwiej mu było w czyn wprowadzać te swoje zamierzenia. A trzeba pamiętać, że w połowie XIX wieku zabór austriacki, tak zwana Galicja, był jeszcze na bardzo niskim poziomie rozwoju rolnictwa, przemysłu i komunikacji. Od 1865 roku dziadzio był posłem na Sejm Krajowy, marszałkiem krajowym od 1876, a marszałkiem sejmu galicyjskiego od 1878 roku. Obok namiestnika była to najwyższa godność i najznaczniejsze stanowisko w zaborze austriackim. Starał się więc dziadek wszystkie najpotrzebniejsze sprawy Galicji tak w Sejmie, jak i w Wydziale Krajowym oraz w Wiedniu pomyślnie przeprowadzać. Od roku 1867 był marszałkiem Rady Powiatowej w Brodach. Będąc dziedzicznym członkiem Izby Panów, to jest wyższej izby parlamentu austriackiego, miał tam sposobność wszystkie sprawy uchwalone przez niższą izbę, czyli Radę Państwa, dla nasze go kraju przychylnie naświetlać i dbać o ich załatwienie.

Dziadek był także głównym inicjatorem i pierwszym prezesem Galicyjskiego Towarzystwa Łowieckiego, a było to pierwsze tego typu towarzystwo w Polsce. Ciekawe było życie mego dziadka, szalenie czynne i owocne. Najwyższe w kraju piastował stanowiska i przyczynił się do podniesienia jego nauki i gospodarki. Był patriarchą rodu.

Jednak z końcem sierpnia 1899 roku dziadek Włodzimierz zachorował ciężko w Poturzycy. Matka moja nie mogła się wówczas tam udać, gdyż 30 sierpnia urodził się w Drohiczówce mój brat Ludek.

Od wielu lat dziadzio chorował na serce z wszystkimi skutkami tej choroby, a był już podeszłego wieku, miał bowiem skończone siedemdziesiąt cztery lata, niebezpieczeństwo było więc poważne.

Dziadzio zmarł 18 września w swym majątku w Poturzycy, pochowano go 21 września w Zarzeczu. Kondukt żałobny poprowadził arcybiskup Isakowicz 4

Wśród wielu wyrazów głębokiego żalu znalazło się też takie pismo kondolencyjne przesłane przez Wydział Krajowy:

Do J.W. Pani z hr. Miączyńskich hr. Dzieduszyckiej w Poturzycy:

Jaśnie Wielmożna Pani!

W ciężkim smutku, jakim Cię Bóg nawiedził, pozwól nam, Dostojna Pani, zanieść imieniem Kraju wyrazy najgłębszego współczucia i żalu, i imieniem tego Kraju, który śp. Małżonek Twój ukochał całą siłą swej szlachetnej duszy, któremu całe życie służył gorącym sercem i wiernie, jak syn najlepszy z miłością i poświeceniem.

Zawsze gotów na każde wezwanie służyć Ojczyźnie, stanął, gdy tego była potrzeba, na czele Kraju i godnie przewodził mu, choć wolał pełnić służbę w szeregu.

A praca ta miłością ziemi rodzinnej ogrzana, jakież bujne wydała plony! Nie zapomną rodzinne strony swego opiekuna, który je uposażył domami bożymi, szkołami, podnosił ich dobrobyt, nie zapomni stolica Kraju fundatora wspaniałego muzeum, protektora pierwszej Wystawy Krajowej, nie za pomni Kraj orędownika i opiekuna sztuki i nauk, wskrzesiciela przemysłu domowego, nie zapomni Ojczyzna pełnej poświęcenia pracy nad przyszłością narodu polskiego.

A choć z wyroku Boga nie było mu dane doczekać tych jasnych dni, dla których oddał pracę swego życia, to jednak odszedł z uczuciem dobrze spełnionego obowiązku i pozostawia po sobie pamięć, która przetrwa wieki, a imię Włodzimierza Dzieduszyckiego przekaże dalekim pokoleniom.

Śmierć dziadzia dała powód do załatwienia wielu spraw majątkowych. Jakkolwiek za życia majątek został podzielony, to jednak do śmierci dziadzia był administrowany jako całość, a córki otrzymywały renty.

Henryk Rodakowski, Portret Alfonsyny z Miączyńskich Dzieduszyckiej, 1876

Dziadzio nie miał zmysłu administracyjnego, a moc innych zajęć nie dawała mu czasu na poświęcenie się interesom osobistym. Babcia natomiast, widząc brak zainteresowania się męża tymi sprawami, sama ogólnie się nimi zajmowała. Przeważnie polegało to na wynajdywaniu zarządców-administratorów na poszczególne majątki. Nikt ich jednak nie kontrolował, a raz osadzony taki pan na ogromnym kluczu zarządzał nim jak właściciel. Tak było z Konarzewem pod Poznaniem, Tarnawatką w Lubelskiem i Jaryszowem na Podolu rosyjskim, gdzie przez kilkanaście lat, a nawet i więcej, właściciel ani razu się nie pokazał.

Teraz po śmierci dziadzia miały córki objąć ze schedy przypadłe im majątki.

Ciocia Anna Dzieduszycka, a właściwie jej mąż wuj Tadeusz został ordynatem na Zarzeczu i Poturzycy. Mieli oni określoną sumę z dochodów ordynacji łożyć na utrzymanie muzeum i na bibliotekę ordynacką, która mieściła się w domu przylegającym do pałacu na Kurkowej.

Ciocia Jadzia Czartoryska5 otrzymała Konarzewo pod Poznaniem, majątek o przeszło 20 tysiącach morgów, otaczający na dużej przestrzeni Poznań. Tam nigdy dziadostwo ani żadna z córek nie tylko nie przebywali, ale nawet nie dojeżdżali.

Ciocia Musia Szembekowa6, której mąż ogromne robił długi i dziadzio je wciąż spłacał, nie otrzymała sama żadnego majątku, gdyż rodzice jej obawiali się, żeby znowu nie został przez wuja Zygmunta stracony. Długi wuja, które dziadostwo spłacali zawsze, szły w setki tysięcy, a nawet miliony guldenów. Chcąc więc zabezpieczyć byt dzieciom cioci Szembekowej, zapisał dziadzio: duży klucz około 10 tysięcy morgów w jarosławskim powiecie Węgierka-Pruchnik wprost jej dzieciom, który to majątek mógłby być podzielony, dopiero, gdy najmłodsze dojdzie do pełnoletniości. Prócz tego zapisał po 100 tysięcy guldenów dla każdego z czworga dzieci cioci Musi (kiedy dorosną).

Moja matka otrzymała Pieniaki i Załoźce.

Wreszcie babcia otrzymała pałac na Kurkowej i rentę dożywotnią od każdej z córek, z wyjątkiem cioci Szembekowej, po 40 tysięcy guldenów rocznie. Prócz tej renty otrzymała babcia wszystkie kapitały dziadzia złożone w bankach – przeważnie wiedeńskich. Kapitały deponowane przez dziadzia wynosiły prawie 3 miliony guldenów, to było równowartością przeszło miliona dolarów.

Zebrane córki i zięciowie wraz z babcią po pogrzebie zdecydowali, że objęcie majątków przez nich nastąpi po nowym roku, by nie komplikować rachunków z dotychczasową wspólną administracją, która do tego czasu będzie dalej prowadzić całość interesów. Na tej podstawie rodzice moi mieli się przenieść z Drohiczówki do Pieniak z początkiem 1900 roku.

Tu jeszcze przytoczę pewien interesujący przykład z administracji zarządców, którym oddane były majątki dziadostwa: Tarnawatka leżąca obok Tomaszowa Lubelskiego, o areale dwudziestu tysięcy morgów doskonałej lubelskiej ziemi, składająca się z folwarków, stawów i dużych dobrze zachowanych lasów, była w zarządzie pewnego pana, którego nazwiska nie podam. Otóż pewnego razu, gdy przyszło dziadkowi spłacać większy dług wuja Zygmunta Szembeka, postanowił sprzedać w Tarnawatce parę folwarków. Na ten cel przeznaczył folwarki leżące z dala od samej Tarnawatki, by nie psuć całości majątku. Tymczasem ów rządca, nie pytając dziadzia, sprzedał dwa tysiące morgów z folwarków leżących w samym środku majątku, deprecjonując ogromnie wartość Tarnawatki jako całości. Podobnie postąpił, wmawiając dziadziowi, że należy sprzedać większą partię dębów i sosen, gdyż już są „za stare”, na co dziadzio przystał, a administrator ów wybrał najlepsze drzewostany na sprzedaż. Ponieważ dziadostwo nigdy tam nie dojeżdżali, poprosili mego ojca w roku jego ślubu, by pojechał na kontrolę do Tarnawatki. Przez tydzień lustrował ojciec majątek i mam szczegółowy raport z tego pobytu. Jest to wielkie oskarżenie pod adresem administratora, który wykorzystując bezwzględne zaufanie właściciela, działał na jego niekorzyść, wiedząc, że nigdy sam nie zjedzie, by skontrolować na miejscu jego włodarstwo. Dziadzio zraził się stanem w Tarnawatce i postanowił ją sprzedać. Reflektantem był margrabia Wielopolski. Jednak w końcu nie dogadano się z nim. Tarnawatkę kupił kuzyn babci – Miączyński, ale niebawem odkupił ją Jan Tyszkiewicz z Waki, ojciec Włodkowej Czartoryskiej, i do 1939 roku Tarnawatka należała do Władysława Tyszkiewicza, brata Zosi Czartoryskiej.

Ciężka choroba dziadzia i śmierć nastąpiły, jak już pisałem, bezpośrednio po narodzinach Ludka w Drohiczówce i uniemożliwiły biednej mamusi, tak bardzo kochającej i przywiązanej do ojca, na obecność w czasie jego śmierci. Matka opowiadała mi dziwne zdarzenie z tego czasu. Otóż kiedy dziadzio już śmiertelnie chorował i ojciec mój przebywał w Poturzycy, donosząc wciąż o stanie jego zdrowia, pewnego dnia Magda, bawiąca się obok mamusi, obejrzała się nagle i zawołała: „O, dziadzio przyjechał, jak się cieszymy, a tu ciągle opowiadają, że dziadzio chory!”. Matka, przerażona, pyta Magdę, gdzież jest dziadzio, a ona na to: „A przecież tu wszedł z tamtego pokoju”. Po chwili Magda mówi do matki: „O, dziadzio wyszedł”. Dziadek mój bardzo kochał Magdę, a moment, w którym ona go zobaczyła, okazał się chwilą jego śmierci!

Stowarzyszenie Związek Rodowy Dzieduszyckich dziękuje Janowi Cieńskiemu za zgodę na zamieszczenie wspomnienia Jego dziadka Stanisława na stronie www.dzieduszyccy.pl. Wspomnienie o Włodzimierzu Dzieduszyckim ukazało się  w książce Zamykam oczy i widzę, wyd. LTW 2015. 

  1. Włodzimierz i Stanisław mieli wspólnych dziadków. Byli nimi Włodzimierz (1825-1899) i Alfonsyna z Miączyńskich (1836-1919) Dzieduszyccy, których dwie (z czterech) córki wyszły za mąż za: Anna (1859-1917) za Tadeusza Dzieduszyckiego (1841-1918), a Maria (1861-1941) za Tadeusza Cieńskiego (1856-1925). Anna i Tadeusz Dzieduszyccy mieli 7 dzieci: Różę (1880-1964), Pawła (1881-1951), Klementynę (1883-1968), Włodzimierza (1885-1971), Stanisława (1888-1960), Kazimierza (1899-1924). Maria i Tadeusz Cieńscy mieli 9 dzieci: Magdalenę (1895-1996), Klementynę (1896-1928), Włodzimierza (1897- 1983), Stanisława (1898-1993), Ludomira (1899-1988), Jadwigę (1901-1990), Wojciecha (1903-1907), Jana (1905-1992), Annę (1907-2003).
  2. Oryginał listu w posiadaniu syna Stanisława – Tadeusza Cieńskiego.
  3. Wyd. LTW, 2015
  4. Od red.: Izaak Mikołaj Isakowicz (1824-1901) był arcybiskupem lwowskim obrządku ormiańskiego.
  5. Jadwiga (1867-1941), wyszła za mąż za Witolda Czartoryskiego (1864-1945).
  6. Klementyna (1855-1929, wyszła za mąż za Zygmunta Szembeka (1844-1907).