W tym roku mija 150 lat od powołania Galicyjskiego Towarzystwa Ochrony Zwierząt (12 lutego 1876 roku) – jednej z pierwszych organizacji tego typu na ziemiach polskich. W tym samym okresie, z inicjatywy Włodzimierza Dzieduszyckiego, powstało Galicyjskie Towarzystwo Łowieckie, promujące racjonalne łowiectwo i ochronę zwierzyny. Oba towarzystwa działały we Lwowie i miały podobne cele – ochronę zwierząt, choć z różnych perspektyw: jedno prowadziło szeroko pojętą ochronę, drugie promowało racjonalne łowiectwo.
Włodzimierz Dzieduszycki był pionierem idei ochrony przyrody w Galicji. Współtworzył ustawę łowiecką (1875), która wprowadzała przepisy regulujące polowania w określonych porach roku, zapobiegając nadmiernemu wybijaniu zwierzyny. Jako założyciel Muzeum Przyrodniczego im. Dzieduszyckich (ofiarowanego krajowi w 1880 roku), pragnął zachować dla potomnych okazy bogactwa fauny ojczystej, która znikała z powodu trzebienia lasów i nierozważnego tępienia zwierząt. We Lwowie trwa wystawa „Włodzimierz Dzieduszycki i jego Muzeum”, na której można podziwiać nie tylko okazy przyrodnicze, archeologiczne i etnograficzne, ale także – już wkrótce – zajrzeć do gabinetu założyciela!
W „Miesięczniku Galicyjskiego Towarzystwa Ochrony Zwierząt” w marcu 1910 roku w dziale „Dla młodszych” (1910, R. 32, Nr 3) ukazała się notatka Marji Mazurkówny, która zachęcała do odwiedzin w przyrodniczym Muzeum im. Dzieduszyckich we Lwowie. Autorka w poetycki sposób opisała zwiedzanie muzeum, prowadząc młodych czytelników przez sale pełne okazów ptaków i zwierząt, by na końcu skłonić ich do refleksji nad okrucieństwem człowieka wobec natury.
Przyrodnicze muzeum.
Poważny i śliczny cel przyświecał pracy, staraniom i ofiarności założycieli muzeum im. Dzieduszyckich we Lwowie. Cel – zachowania dla oczu duszy i umysłu potomnych, w nieżywych chociaż okazach, tego wspaniałego bogactwa fauny ojczystej, czemrazbardziej znikającej z powierzchni ziemi naszej, głównie z powodu trzebienia borów i lasów, oraz przez nierozważne niszczenie i wybijanie zwierząt w ogóle, a w szczególności tych, które już są prawie na wymarciu.
Wejdźmy więc do muzeum. Wejdźmy ze skupieniem i szacunkiem owym, jaki każdy człowiek poniekąd odczuć musi, wchodząc przypuśćmy, na słońcem ozłocony, bujną trawą porosły, kwieciem akacji i kasztanów osypany cmentarz wiejski. Dziwne, nieuchwytne wspomnienia powstają w duszy – wspomnienia jakich bytów, istnień – czyich trudów, walk i cierpień, bezpowrotnie zapadłych, przeszłych, minionych.
Imponująco przedstawia się tu dział okazów ptasich. Wspaniałe orły obok swych drobnych, ledwie w pierze porosłych piskląt. Ówdzie piękne sokoły, sępy, jastrzębie, krogulce z potężnymi, charakterystycznymi dziobami i silnymi szponami. Tu znów grupa czapli z główkami dumnie wzniesionymi na giętkich, długich szyjkach. Gromadka bocianów, na widok której powstają w pamięci lata na rodzinnej wsi spędzone, lub owe przemiłe miesiące wakacyj i wywczasów letnich na łonie swojskiej przyrody. Przed oczyma duszy przesuwają się dawno widziane obrazy chat wieśniaczych z gniazdami bocianimi na strzesze, a ponad niemi ptaki te krążące tak swobodnie, tak bez trwogi, lub różowy poranek wiosenny – wieśniak wychodzący z pługiem po raz pierwszy w pole – i one, wracające z dalekich stron, płynące górą w słońcu ku rodzinnej ziemi, witające ludzi klekotem radosnym, poznające swoje gniazda stare ludzie wybiegają z chat na drogę, podnoszą ku uśmiechniętym błękitom utrudzone głowy, oczy przed jaskrawym blaskiem słońca dłońmi przysłaniają, obserwują przestworze i witają wracające bociany szeptem radosnym: wiosna idzie – wiosna…
Tu znów oglądamy okazy dzikich gęsi, kaczek, żurawi, słomek, jarząbków, przepiórek i innych.
Ówdzie wszystkie ptaszki śpiewające z ich przelicznem nieraz upierzeniem, a wszystkie nasze, tak dobrze znane – śpiewacy pól, gajów, ogrodów i cmentarzysk ukochanych.
Tam oddział sów, puhaczy, nietoperzy. Dziwne wrażenie czynią te ptaki nocy, mroków – zaułków starych wież, odwiecznych baszt i zamczysk. Ptaki, które życie swe wywodzą i spędzają najczęściej na ruinach opuszczonych przez ludzi, prastarych siedlisk i pamiątek. Ciemną nocą słychać tajemny szum ich skrzydeł – wichrową jesienną nocą, po pustych opuszczonych salach one rej wodzą, jakie rozhowory niezrozumiałe – może o przeszłej świetności tych komnat, rycerskości i dumie ich właścicieli ongi – prowadzą, jakie sejmy i narady odbywają, a czasem tak przesmutnie zawodzą, jęczą i płaczą.
Tajemnicze ptaki nocy, ruin, grobów!
Za chwilę podziwiamy gniazda różnorodnych ptaków. Co za rozmaitość, a co za umiejętność w budowie, jaka roztropność w zabezpieczaniu się przed wrogiem! Takie na przykład gniazdka ptaków-rzemieślników. Uwite z przędzy i kłaków, na długim sznurku uwitym także przez te ptaki, wiszą gniazdka owe na wierzchołku drzew, na najcieńszej gałązce uczepione i bujają prostopadle w powietrzu. Żaden wróg tam dojść nie może. Wiotka gałązka grozi załamaniem, umieszczone w przestrzeni gniazdko staje się więc niedostępne. Jak ten drobiazg ptasi tuli się gdzie może, zabezpiecza jak umie, by tylko żyć – żyć wolną, swobodną, nieskalanego piękna natury cząstką.
A ludzie? Ludzie często tak bezmyślnie i okrutnie tępią je, niszczą, dręczą.
Dalej oglądamy okazy zwierząt. Od najdrobniejszych do olbrzymów, wszystkie tu zgromadzone. Psy, koty, wilki, rysie, byki, niedźwiedzie, dziki, kuny, tchórze, tumaki, sobole, łasice, króliki, zające, sarny, jelenie, łanie i wiele, wiele innych. Uwagę zwraca wspaniały żubr z puszczy białowieskiej, słynnej ongi z bogactwa żyjących w niej tych stworzeń. Później jednak, gdy dorywczo i nieoględnie zaczęto je wybijać i niszczyć i gdy z tego powodu groziło im kompletne wyginięcie, rząd (rosyjski) rozciągnął nad resztą ich istnień i nad przecudną ich kolebką, puszczą białowieską, ochronę.
Żywo zajmują też widza szkielet mamuta i szczątki nosorożca ze Staruni.
Inna sala mieści okazy najrozmaitszych gatunków ryb, węży i płazów, jeszcze inna przelicznych motyli i owadów. Jakie cudne, baśniowe światy roztaczają się na ich widok przed oczyma patrzącego.
Pomijam reprezentowaną tu botanikę i mineralogję, jako działy niemające bezpośredniego związku z ochroną zwierząt, ku której specjalnie zmierzam.
Widzieć coś i poznać, to znaczy odczuć, zrozumieć, ukochać. Niechaj przeto uczniowie i uczenice, dzieci małe z rodzicami i starszym rodzeństwem, podążą nieraz do tego muzeum, gdzie sądzę, że patrząc na okazy wszelkich stworzeń, tak żyjących jeszcze obecnie, jak i tych, których istnienie ongi do historji już przeszło, nabędą poznania i zrozumienia tego pięknego, nieznanego świata, z którego taki ogrom pożytku wydobywa dla siebie człowiek, najczęściej bezmyślnie, a zawsze bezlitośnie, brutalnie, srogo i nieludzko. Nabędą ukochania i serdecznego współczucia dla każdego bez wyjątku tworu bożego, który mocą niezbadanej potęgi, na życie, jego trudy, niedostatki i cierpienia, na wspólną z człowiekiem dolę i niedolę został skazany.
A wtedy wszelką istnienia mękę i wszystek trwania ból, okrywa zacznie przecudne ogólnego dobra i pokoju kwiecie, delikatnie, łagodnie i cicho, z wspaniałego wszechmiłości drzewa opadające.
Cały numer „Miesięcznika” można przeczytać TUTAJ







