Pobyt u dziadków w Pieniakach „był dla nas zawsze niezmąconą radością” wspominała ich wnuczka Róża.
Róża Dzieduszycka była najstarszą córką Tadeusza (1841–1918) i Anny (1859–1917) z Dzieduszyckich, wnuczką Włodzimierza (1825–1899) i Alfonsyny ((1836–1919) z Miączyńskich. Urodziła się 29 lutego 1880 roku w Wiedniu. Nie założyła rodziny. Była właścicielką Niesłuchowa, gdzie razem z bratem Stanisławem prowadziła Szkółki Ogrodowe St. i R. hr. Dzieduszyckich. W czasie okupacji niemieckiej mieszkała z rodziną w Zarzeczu, a potem w Jarosławiu, gdzie zmarła 19 listopada 1964 roku. Pochowana jest w Zarzeczu w kościelnej krypcie rodzinnej.
Pisownia cytowanych poniżej fragmentów wspomnień została zachowana zgodnie z pierwotnym maszynopisem, który jej bratanek Paweł Dzieduszycki – syn Stanisława – otrzymał w końcu lat 60. od swojej matki Anny z Komierowskich.
Róża opisuje, jak wyglądały odwiedziny w domu dziadków w Pieniakach, zwyczaje rodzinne, wizyty gości, którzy odwiedzali dziadków, wycieczki do Podhorców, gdzie na własne oczy widziała słynny orzech rosnący na jednym z tarasów. Zapraszamy do lektury.

Na zdjęciu Tadeusz i Anna z dziećmi: Włodzimierz (1885–1971), Stanisław (1888–1960), Tadeusz (siedzi 1841–1918) , Klementyna (1883–1968), Róża (1880–1964), Paweł (1881–1951), Anna (siedzi 1859–1917), Maria 1893–1918; zdjęcie ze zbiorów Centralnego Państwowego Archiwum Historycznego Ukrainy we Lwowie
Gdy dowiedzieliśmy się że mamy jechać w czasie wakacji do Pieniak, zapanowała radość i rejwach. Kufry, pakowanie, nas obchodziło tylko jakie zabawki pozwolą starsi zabrać. Pamiętam że podczas jednej z pierwszych jazd posiadałam gumowego pajaca starego z dziurą w głowie, a to stanowiło cały urok. Można tam było chować wszystko co się chciało. Niestety na drogę dano mi nowego pajaca a nie pozwolono wziąć starego mimo moich próśb. Uspokoiłam się dopiero jak sobie zdałam sprawę że mogę mu sama zrobić dziurę w głowie i będzie znów pożyteczny. W odpowiedniej chwili wygryzłam mu otwór w głowie i pocieszyłam się szczególnie że mnie pochwalono, że jestem „rozsądna” i nie napieram się.
Podróż do Pieniak była dość w owe czasy długa. Zajeżdżała wielka kareta zaprzężona w czwórkę koni i tam pakowano bonę z dziećmi, zwykle jednak wsiadała i mama, a na koźle prócz furmana służący. Z tyłu drugi powozik gdzie jechał „tata” z „akademią” nauczycielską i trzeci wóz ze służbą i rzeczami.
Ze stacji Zadwórz pakowano nas do przedziału I klasy. Przedziały nie miały korytarzy i konduktor chodził po desce wzdłuż wagonów na zewnątrz i od czasu do czasu zaglądał przez szybę. Pociąg nie pędził zawrotną szybkością ale nareszcie dojeżdżano do Złoczowa. Znów czekał służący, kareta, powozik i wóz pod rzeczy. To wszystko zaprzężone czwórkami.
Pieniaki były pięknym pałacem budowanym w podkowę za Stanisława Augusta, podobno przez Merli’niego tego samego królewskiego architekta co budował Łazienki. Wchodziło się do sieni z posadzką kamienną, skąd schody na początku podwójne, schodziły się na środku (półpiętrze) i dochodziły na górze do drugiej sieni (sali bilardowej). Ściany tej sali pokryte były portretami rodzinnymi o złoconych ramach. Wielki portret pana łowczego koronnego Bielskiego (pradziadka Babci), w pięknym stroju, w czarnej peruce z psami i z całą stertą zwierzyny. Na balustradzie schodów królował wielki wypchany paw. Bardzo to było miejsce dziwne, tajemnicze, mało używane o specjalnym dziwnym zapachu i podłogą która troszeczkę skrzypiała. Trochę tam było straszno: a nuż się coś na obrazie ruszy; pies, albo pan łowczy popatrzy?
Środek piętra zajmowały główne salony. Na prawo z sali bilardowej wchodziło się poprzez wielki, biały jadalny [pokój] – przez drzwi między dwoma kolumnami do tajemniczych pokoi, plątaniny schodów, kredensu, pokoi – mansardów w których kryły się cuda zbierane przez przyrodników; ogromne huby duże jak krzesła, kawałki drzew rozmaitych, jakieś wypchane ptaki no i pan Schancer (Schauer?) (tak w oryginale, faktycznie p. Władysław Zontak)1 Niemiec wiedeński, wypychacz zwierząt muzealnych. Lubił dzieci a szczególnie adorował mego brata Pawła jako przyszłego kontynuatora prac dziadka. Pokazywał mu, tłumaczył ale nic nie wolno było tknąć bo „trucizna”. Nie mógł odżałować że dziadzio nie miał syna i jak Paweł przyszedł na świat wykrzyknął: „ der dumme Paul, er ist 20 Jahre zu spaet gekommen” („głupi Paweł, przyszedł się o 20 lat za późno”).
Kiedyś obiecał że daruje Pawłowi prawdziwego niedźwiedzia co tańczy. Nie wiem czy to były dnie czy tygodnie – ale strasznie długiego oczekiwania. Przez ten czas snuło się projekta co z tym niedźwiedziem przyjdzie zrobić! Trzeba go będzie trzymać w klatce. W pokoju pewno nie pozwolą. Wreszcie pan Schancer (Zontak) zawołał Pawła: „niedźwiedź jest”! Weszliśmy z bijącym sercem a tu staruszek trzymał szczotkę do której była przyczepiona na sztorc łapka zajęcza. Ustawił ją na stole i jak uderzał ręką w stół szczotka podskakiwała. I trzeba było uprzejmie dziękować! Ale zawód do dziś został w pamięci.
Na górze były wspaniałe salony recepcyjne. Ogromny jadalny, 40 osób przy stole wyglądało niezbyt wiele. Z boku były 2 małe pokoje, zwane biblioteką, w których mieszkali czasem chłopcy z nauczycielem. Za jadalnym był salon stiukowy popielaty z białymi filarami i sztukaterią. Wielki salon obity jedwabiem niebieskim o deseniu z gołąbkami pijącymi wodę i meble empirowe tak samo kryte, ale jak zwykle chronione pokrowcami, jak również i ściany. Miał wielkie pół okrągłe okna do samej ziemi z których widać było ogród pełen egzotycznych krzewów – i pawie. Wielkie dwa śliczne portrety pani Miączyńskiej w czerwonym fraku pędzla Pitchmana. Ponadto wisiały portrety łowczego koronnego Bielskiego i jego żony Tekli z Kalinowskich. Za tą salą – przedpokój i mała biblioteka, skąd prowadziły schody na parter. Dalej były jeszcze dwa salony stiukowe, ale były już użyte jako mieszkalne. Pierwszy miał wgłębioną niszę wybitą zielonym adamaszkiem. gdzie mieszkała Babunia. Drugi używany jako gotowalnia (garderoba). Nad boczną terasą pokój z balkonem ciotek Maryni i Jadzi, garderoba, pokój gdzie składano bieliznę, jedwabie i złoto do naprawy ornatów, których Babunia zawsze dużo miała na warsztacie i jeszcze pokoje gościnne dla rodziny. Babci pokój był przechodni. Lubiła ciągły ruch. Rano przychodził Marcin z ogrodu gdy babcia jeszcze leżała w łóżku i przynosił owoce i jarzyny dla kucharza potrzebne na ten dzień. Siedział wtedy często na łóżku bardzo ładny blondas z niebieskiemi oczami Staś mój mały brat – uradowany gdy z tej okazji dostał marchew lub rzodkiewkę. Miał zwyczaj mówić gdy mu się coś nie podobało: „Niedoble ludziska, powiem pani labinie” (choć nie wiedział co znaczy ta labina).
Babcia czasem dość długo urzędowała w łóżku ale na śniadanie zwykle przychodziła na dół. Zresztą pojęcie czasu miała dość nie określone. Cały dom, doskonale prowadzony, był do tego ułożony. Obiad był gotów na czas i jak babcia się zdecydowała przyjść, był podany i dobry mimo że czasem długo czekał.
W Pieniakach rządziła babcia. Dziadzia widywało się rzadko. Miał na dole z sieni swoje pokoje i swoje zajęcia, a prowadzenie domu zostawił Babci i nie mieszał się do życia codziennego. Miał swój pokój i swoją pracownię, swego służącego Bazylego i pana Schancera (Zontaka) wiedeńskiego Niemca wypychacza zbieranych zwierząt i współpracownika. Pokoje Dziadzi były umeblowane skromnie i „regionalnie” mieściły też jego zbiory: ogromne ilości starej broni, garłacze, moździerze, różne archeologiczne zabytki itd. Drugi pokój był pracownią. Tam mieściły się zielniki, zbiory ptaków i owadów które p. Schancer (Zontak) pomagał mu wypychać i porządkować. Ale tam nigdy prawie nie było wstępu. Nawet Paweł rzadko tam bywał. Pieców tam nie było. Palił się tylko ogień na kominku, suche drzewo z pieniackich brzóz.
Z pokojów Dziadzi wychodziło się do sieni do której przylegały oranżerie ogromne. Były tam egzotyczne rośliny w 4 oranżeriach z których 2 ogromne. W deszczowe dnie posyłano nas czasem tam się bawić. Pierwsza wilgotna, gorąca, pełna lian, z bijącym wciąż źródłem, druga chłodna ze świerkami i ławkami gdzie bawiliśmy się. Z wiosną, względnie późną zimą kwitły tam wielkie wspaniałe kamelie o różnokolorowych kwiatach. W następnej stały kaktusy, nieraz ślicznie czerwono kwitnące. Wytłumaczono nam że jak się kolec kaktusa wbije w palec to będzie rosnąć. Doskonały wymysł którejś niani bo baliśmy się ich tknąć. W czwartej stały w wielkich skrzyniach. ogromne dziwne paprocie i palmy, były tam też ławki. Osobno była storczykarnia. Pamiętam ewenement jak jakiś rzadki okaz zakwitł. Włodek Czartoryski uzupełnił to zdarzenie następującą notatką: „O owym zakwitnieniu niezwykłego kaktusa pamiętam opowiadanie p. Antoniego Kausa. Objął właśnie administrację dóbr Konarzewskich w Poznańskim z ramienia dziadka Włodzimierza i został zawezwany przez Dziadzia do Pieniak na zjazd wszystkich zarządców jego licznych majątków rozrzuconych po całej Polsce.
Przyjechawszy na stację w Brodach nie zastał tam koni dla siebie. Okazało się jednak, że powóz zaprzężony w czwórkę koni przybył właśnie po niego. Nie spodziewał się tak godnego ekwipażu nie używanego w Poznańskim. W Pieniakach zaprowadził go służący z kandelabrem do pokoju gościnnego. Zaskoczony był pańskim przyjęciem i gościnnością. Następnego dnia miała się rozpocząć konferencja licznych zarządców majątków, którzy zjechali do Pieniak, pod przewodnictwem Dziadka. Tymczasem zakwitł niezwykły kaktus. Porozsyłano telegramy z tą epokową nowiną na wszystkie strony po uczonych, fotografach, malarzach. Przyjechał pan Tepa2 by namalować ten egzotyczny kwiat. Kaktus stał się centralnym wydarzeniem, około którego skupiło się zainteresowanie Dziadka i całego pałacu.
Po kilku dniach pobytu w Pieniakach p. Kaus powrócił do Konarzewa. Ważna konferencja majątkowa nie odbyła się, ponieważ kaktus zakwitł! Zarządcy rozjechali się po całej Polsce….”
Królestwem roślin rządził ogrodnik, pan Tiuksa, Czech3. Miał ładny dom obok storczykarni. W pobliżu były holenderskie doły z kwiatami. Stamtąd przysyłał Babci do domu kwiaty cięte – czasem rozkwitłe storczyki o ile nie były nazbyt rzadkie. Pamiętam kłopot ze storczykiem „tigrina major”. Taki miała strasznie silny zapach, że Babcia nie wiedziała gdzie go podziać! „Przecież nie mogę zrobić przykrości Truksie!” Więc próbowano umieścić go na schodach, w sieni, aż wreszcie wyjechała na terasę. Park był dość duży a sadzawka źródłem sztucznie obramowanym kamieniami, zwanym „kaskadą” (wymawianą przez służbę „kaczkada”). Na stawku był prom i łódki. Z parku (którego nie wolno było tak nazywać tylko „ogród”) wchodziło się na 2 terasy kamienne. Jedna prowadziła do pokoi Dziadzi i oranżeryi – a druga ze schodami z dwóch stron do salonu rodzinnego na dole. Dotąd stoi mi przed oczami jako „pycha żywota” piękna Babcia na terasie kamiennej z kolumienkami, z koszykiem chleba, a na schodach gromady pawi które karmi. U stóp schodów masa kwitnących narcyzów.
Żyło się na dole gdzie pokoje były urządzone wygodnie do użytku rodziny; jadalnia, salonik z bilardem i mniejsza jadalnia urządzona wedle gustu Dziadzia „regionalnie” jak się dziś mówi. Ściany i krzesła obciągnięte były „weretą” w paski4, na półkach stały talerze i garnki w piękne. ludowe wzory Bachmańskiego5 artysty kaflarza. Na ścianie w dwóch wielkich szklanych skrzynkach znajdowały się pisanki. Każda z licznych wsi pieniackich i załozieckich miała swoje charakterystyczne kolorowe rysunki na wielkanocnych jajkach. Wszystkie zostały zebrane i tu umieszczone. Tylko w rogu sali jadalnej, na starym okrągłym empirowym piecu tańczyły figurki z dwoma nimfami naturalnej prawie wielkości trzymające się za ręce. A w bufecie były maliny, czasem konfitury lub miód w plastrach. Królował tu stary poważny Grzegorz, dużo większa powaga niż jakieś nauczycielki lub nauczyciele. Jak Grzegorz czegoś nie pozwolił to i koniec. Ale za to był panem malin, poziomek itd. na podwieczorek o ile babcia sama nie rozdawała. Wyglądał bardzo wspaniale i bardzo poważnie w czerwonym surducie zawsze zapiętym i czystym. Młodsza służba się zmieniała, ale Grzegorz królował do starości razem z małym Walentym, służącym Dziadzia.
Jedna rzecz była rozpaczliwa w Pieniakach: to posiłki! Najpierw były bardzo obfite. Dziadzio i Babunia chcieli zachować w domu tryb życia prosty i wiele rzeczy uważane były za zbytek, więc nigdy nie bywało wyszukanych rzeczy zagranicznych, jak dajmy na to kawior. A szampan był wyklęty. Ale tego co było wystarczyło by dziś na ucztę. Ryby z własnych stawów, zwierzyna wszelkiego rodzaju, drób, młode pawie ect. Były tak ogromne karpie i szczupaki, że podawano je na długich deskach i to czasem jeszcze ogon wystawał. Owoce, melony, kawony, brzoskwinie i.t.d. i wszystkie niezliczone zasoby przetworów. Najczęściej byli goście i rozmowy i dyskusje przy obiedzie który trwał bez końca. Wieczór kolacja i herbata i siedziało się do późna.
Bilard nie musiał być świetny bo wolno było młodym bawić się na nim kulami. Na ścianach były bardzo dobre obrazy z kolekcji jeszcze pana Atanazego (Ignacego) Miączyńskiego (Babci dziadek), który je zakupił jeszcze w czasie kongresu wiedeńskiego. Galeria wiedeńska wysortowywała obrazy które uważała za niepotrzebne. Były rzeczywiście niektóre aż śmieszne kicze ale sporo okazało się bardzo dobrych. Był szkic Rubensa, obraz van Dycka i inne.
Z przeciwnej strony sieni niż pokoje Dziadzia były gościnne dla bliższej rodziny. Pałac budowany w podkowę miał 2 długie boczne skrzydła. W jednym z nich były gościnne pokoje numerowane, zdaje się, że było ich 12 i kaplica pałacowa w której czasem wisiał piękny namiot turecki.
Na lato przyjeżdżał zwykle do Pieniak lub Poturzycy arcybiskup ormiański Iwowski ks. Issakowicz z nieodstępnym służącym Kazimierzem i kapelanem. Był to bardzo brzydki i dobry, miły staruszek. Mówił akcentem Iwowsko-ormiańskim, a ponieważ nie lubił much, jak mu dokuczały wołał: „Kazimirzu, Kazimirzu muchi”! Kazimirz przychodził z packą robić porządek z muchami. Włoskiej kuchni nie znosił: „jedzą same burzany”. Msza była odprawiana po ormiańsku. Cerkiew ruska (unicka) stała w parku obok pałacu, przerobiona z kaplicy pałacowej po spaleniu cerkwi. Kościół i parafia łacińska trochę dalej przy wsi. Nie robiło się wtedy różnicy i chodziło się na Mszę dokąd buło wygodniej, już to do kościoła, już to do cerkwi.
W drugim skrzydle pałacu były kuchnie, spiżarnie i pomieszczenia gospodarcze.
Nad wszystkim kilometry strychów z pokoikami gdzie były składy głównie jakichś zbiorów Dziadzia: „huby”, dziwne korzenie, przekroje drzew, wszystko utrzymane w porządku.
Rano babcia gromadziła wnuki na dole.
O dziadku Włodzimierzu i babci Funi oraz tzw. „sławach europejskich” Róża napisała tak:
Dziadek stworzył muzeum przyrodnicze, bibliotekę poturzycką, (dziś z książkami Ossolineum w Wrocławiu). Przyczynił się głównie do utworzenia szkoły leśnej, Muzeum Przemysłowego i innych instytucji użytecznych. Finansował wiele wydawnictw przyrodniczych i innych, należał do towarzystw zagranicznych i utrzymywał kontakt z wielu uczonymi. Przyjmował ich u siebie a my młodsi nazywaliśmy ich „sławami europejskimi”.

Włodzimierz Dzieduszycki w Poturzycy; zdjęcie ze zbiorów Centralnego Państwowego Archiwum Historycznego Ukrainy we Lwowie
Pamiętam jedną przygodę z tym związaną. Dziadek siedział na tarasie między lwami w Poturzycy ze „sławą” bardzo łysą a ja z Maryszką Szembekówną (później Mycielską) na balkonie nad terasą tłomaczyłyśmy modne wtedy wiersze Kiplinga. Nagle ołówek wypadł mi z ręki i o zgrozo, nim zdołałam go podnieść, stoczył się z balkonu i spadł wprost na łysinę „sławy”. Szczęściem była uprzejma i dziadzio który łatwo się gniewał, nie pogniewał się.
Dziadka jedynaka z bardzo dużym majątkiem swatano z rozmaitymi pannami, ale to nie szło.
„A cóż serce?”– pytał jego wuj po próbie w poznańskim
„A no milczy” – „to głupie masz serce”.
Zakochał się jednak bez swatania w Alfonsynie Miączyńskiej. Panna Funia, jak ją nazywano była młodziutka, miała 17 lat jak wyszła za mąż, nie przeciętnie inteligentna, śliczna ale kapryśna i pełna temperamentu. Jej matka z domu Klementyna Potocka z Buczacza, była ogromnie pobożna i twarda dla siebie. Pamiętam jak moja matka mówiła że pani Miączyńska widziała ją jak będąc dziewczynką smarowała słodką bułeczkę masłem, „Moje dziecko to jest rozpusta”. Zostało jej to na zawsze w pamięci.
Po kasacji Jezuitów sprowadziła pani Miączyńska do Pieniak dwóch Jezuitów bardzo wykształconych, którzy dali Alfonsynie niezłomne podstawy wiary opartej o liturgię, bez czułostkowości i bigoterji. Myślę że powołania w rodzinie zakonne i kapłańskie zawdzięcza się tym wpływom wymagania zaparcia i opanowania Przekazała je pani Alfonsyna córkom i my wszyscy jeszcze byliśmy wychowani na znajomości liturgii a nie na pobożnych książkach.
Babcia była ogromnie żywa, nie przeciętnie inteligentna, wykształcona, żywego umysłu ale dość kapryśna. (…) Pamięć miała fenomenalną. Znała osobiście i lubiła Pola, a całego „Mohorta” umiała na pamięć, jak również wiersze Mickiewicza, Krasińskiego, Syrokomli, tylko Słowackiego nie lubiła. Mówiła że jest bez głębszej myśli, choć przyznawała że wiersze pisał „ładnie”.
Dom dziadostwa opiekował się i przytulał resztę powstańców z 63go a nawet z 32go6. Nauczycielką była wychowanka Hotel Lambert panna Wanda Leszczyńska. Przyjechała zaraz po komunie paryskiej i została na całe życie traktowana jako członek rodziny („Ciocia Wandzia”). Częstym gościem był jej ojciec, który szedł ze szkołą Kadetów na Belweder w 32gim7. Był jednym z najmłodszych i nie wiedział o spisku. Dopiero po wymarszu przekonał się że idą na Belweder. Dobrze go pamiętam.
Rządcowie, leśniczowie i.t.d. w znacznej mierze z takich ludzi się składali. Pan Machnowski przyniesiony na noszach z bitwy pod Radziwiłłowem pozostał w Pieniakach jako rządca. Urbanowski, kasjer główny wszystkich majątków także pochodził z Królestwa i wielu innych zatrudnionych w majątkach dziadka. Dwory wtedy przygarniały uchodźców i starały się dla nich o zajęcia.
U nas boną była wdowa po drukarzu wysiedlona w czasie rugów poznańskich służącym wysiedlony z królestwa za co nie pamiętam. Klucznica – wdowa po leśniczym też z królestwa – wysiedlona po 63cim. Podobno była pod innym nazwiskiem, co nas ogromnie interesowało ale nie wiem czy to była prawda.
Babcia Funia prowadziła dom otwarty i z radością przyjmowała licznych gości:
Babcia będąc żywego umysłu, humoru i niespodziewanych konceptów uczyniła z domu bardzo miły ośrodek i zawsze wszyscy lubili i byli zadowoleni z pobytu, a przyjęcia we Lwowie na Kurkowej, Pieniakach i Poturzycy były bardzo lubiane, mimo że czasem były niespodzianki. Np. pamiętam jak zaprosiła na obiad jednych gości na obiad na pierwszą, dalszych na drugą, a sama pojechała do miasta. Goście wiem że byli Tarnowscy z Chorzelowa, wujaszkowie Potoccy z Buczacza i nie pamiętam już kto więcej. Siedzieli i doskonale się bawili. Nikt babci takiej rzeczy nie miał za złe. Gdy wróciła w doskonałym humorze, rozbawiła całe towarzystwo jeszcze lepiej. Każdy czuł się u niej w domu i był zadowolony. Innym razem siedzimy wszyscy w saloniku gdy raptem wchodzi ciocia Hania Wolańska w wieczorowej sukni. „Jezus Maria woła Babcia – przecież ja zaprosiłam gości na wieczór”! Dom był tak do niespodzianek przyzwyczajony że była i kolacja dla gości zaproszonych wcześniej i wieczór się doskonale udał.
Alfonsyna oraz jej córka Anna, wnuk Włodzimierz, wnuczka Róża; zdjęcie ze zbiorów Centralnego Państwowego Archiwum Historycznego Ukrainy we Lwowie
Poza tym „przyjemności w Pieniakach nie brakowało”, a z nich Róża wymieniła:
Babcia potrzebowała ciągle wiele ruchu w koło siebie, więc były wciąż wyprawy do lasu i w okolicę. Zajeżdżały wozy z czwórkami i cała młodzież pakowała się na nie z kawą w butelkach, bułki jabłka itd. Jeździło się do wielkich lasów na Hutę gdzie była założona (zupełnie zresztą nieopłacalna) huta szklana. Ale dawała zarobek ludziom, założona przez właściciela dla prób uprzemysłowienia okolicy. Miała także babcia koronkarnię, gdzie dziewczęta robiły bardzo zresztą ładne koronki, do których babcia grubo dopłacała. W kraju nie było zbytu na nie więc spróbowała posłać próbki do Ameryki. Dostała jak najprzychylniejszą odpowiedź z zapytaniem w jakim czasie może dostarczyć jakieś ogromne ilości kilogramów tego towaru. Widocznie uważano Pieniaki za wielką fabrykę. (…)
Jeździło się na Pamiątkę8, część lasów, gdzie dziadzio urządził rezerwat i nie wolno było tam nic ruszyć. Drzewa przewracały się same ze starości, których nie usuwano, inne i rosły jak chciały. Nie wolno tam było wchodzić tylko, w celach naukowych.
Czasem, ale już z Dziadziem jeździło się na ogromne stawy (5) na łówkę ryb. Ryby dochodziły do ogromnych rozmiarów a raki również. Tak wielkich nigdy już potem nie spotkałam. Brzegowi piekli okonie nad ogniem na patykach, co Dziadzio specjalnie lubił. Dziadek zwykle nie brał udziału w wycieczkach, tylko na ryby jeździł chętnie. (…)
Czasem jeździło się do Podhorzec do wspaniałego zamku Jana III. Był utrzymany z największym pietyzmem przez ks. Eustachego Sanguszkę. Wiem że była kiedyś kwestia kto obejmie ciężar taki, między Dziadkiem a Sanguszką. Wtedy za czasów zaborów każda polska pamiątka dziejowa uchodziła za bezcenny skarb i była w ogromnym szacunku. Wobec tego że zaborcy polskich pamiątek nie utrzymywali, robili to ludzie prywatni. Jakie to było ładne i ciekawe miejsce. Zbroje huzarskie dla całego oddziału. Próbowaliśmy nieraz kopie i podziwiali jakie to lekkie. Bezcenne materie z XVII w. pokrywały meble. W komnatach zamkowych rozmieszczone były namioty tureckie, chorągwie i wiele przepięknych urządzeń i obrazów. Na terasie rósł między płytami kamiennymi stary orzech włoski, miała go zasadzić królowa Marysieńka. W jednej ze sal stał stół marmurowy z pękniętą płytą. Miała pęknąć gdy na stół położono przy chrzcie Jana Sobieskiego w Olesku.
Pałac w Pieniakach w powiecie brodzkim był jedną z największych wiejskich rezydencji w Galicji Wschodniej. Był centrum tzw. „Państwa Pieniaki” – latyfundium o powierzchni 13 tysięcy hektarów, rozciągającego się w malowniczym krajobrazie Woroniaków, nad górnym biegiem Seretu.
Pieniaki były siedzibą rodziny Bielskich herbu Jelita. W 1784 roku Aniela Bielska, córka Antoniego, wniosła dobra w posagu Ignacemu Miączyńskiemu, staroście śmidyńskiemu. Po jego śmierci majątek odziedziczył syn Mateusz, który przekazał go jedynej córce Alfonsynie. W 1847 roku, wraz z małżeństwem Alfonsyny z Włodzimierzem hr. Dzieduszyckim, rozpoczął się okres świetności rezydencji. Włodzimierz Dzieduszycki uczynił z Pieniak centrum badań przyrodniczych i kolekcjonerstwa. Majątek odziedziczyła Maria Dzieduszycka, żona Tadeusza Cieńskiego, a ostatnim właścicielem był ich syn Stanisław Cieński, który zarządzał dobrami do września 1939 roku.
Budowę pałacu rozpoczął Antoni Bielski około 1777 roku, a ukończył Ignacy Miączyński. Projekt przypisywany jest Dominikowi Merliniemu, wybitnemu architektowi epoki klasycyzmu. Rezydencja miała charakter dwukondygnacyjny z wysokim dachem mansardowym. Dwa parterowe skrzydła boczne obejmowały obszerny dziedziniec z gazonem. Miączyńscy i Dzieduszyccy zgromadzili tu 450 obrazów, kolekcje stylowych mebli, broni, ceramiki i sztuki ludowej.
Pałac spłonął w sierpniu 1916 roku podczas walk na linii Seretu. Najcenniejsze zbiory zdołano wcześniej wywieźć do Lwowa – część z nich trafiła później na Wawel i do Muzeum Narodowego w Warszawie. Ruin nie odbudowano z powodu braku środków. Właściciele zamieszkali w małym dworku zastępczym, a pozostałości pałacu rozebrano podczas II wojny światowej lub krótko po niej.
Dziedzictwo Pieniak to nie tylko architektura. Włodzimierz Dzieduszycki stworzył tu rezerwat przyrody „Pamiątka Pieniacka” z rzadkimi gatunkami drzew, system dziewięciu rewirów leśnych oraz pięć wielkich stawów na Serecie. To właśnie obserwacje przyrodnicze prowadzone w Pieniakach zasilały zbiory lwowskiego muzeum i stanowiły fundament badań naukowych wybitnego przyrodnika.
Zdjęcie na stronie tytułowej zostało zrobione w Abbazii w 1898 roku. Widzimy na nim: Włodzimierza, Annę i Alfonsynę (siedzą) oraz Różę (w kapeluszu), Annę i Marię Szembekówny (po obu stronach Róży), dzieci – Anna (1891), Maria (1890) i Kazimierz (1892) Czartoryscy. Zdjęcie znajduje się w zbiorach Centralnego Państwowego Archiwum Historycznego Ukrainy we Lwowie.
MD
- Róża Dzieduszycka zapisała Schancer, mając na myśli Ernesta Schauera. Dopiski w obu nawiasach Pawła Dzieduszyckiego. ↵
- Franciszek Tepa (1829–1889, malarz i etnograf, zaprzyjaźniony z Włodzimierzem Dzieduszyckim. ↵
- W maszynopisie są dwie pisownie nazwiska: Tiuksa i Truksa. ↵
- gruba, wełniana tkanina w prążki lub pasy, używana w XIX wieku do tapicerowania mebli i ścian. ↵
- Aleksander Bachmiński (1820–1882). ↵
- 1830–1831 powstanie listopadowe, a po klęsce powstania Wielka Emigracja. ↵
- Podchorążowie (kadeci) ze Szkoły Podchorążych zaatakowali Belweder, gdzie rezydował wielki książę Konstanty Romanow, brat cara, faktyczny władca Królestwa Polskiego 29/30 listopada 1830. W 1832 kadeci byli albo na emigracji, albo w represjach. ↵
- Pamiątka Pieniacka – rezerwat założony przez Włodzimierza Dzieduszyckiego. ↵






